Zabierz mnie…
Rima bała się smoków, co było nieco dziwne jak na Vamirkę. Podziwiała je, to tak, jednak przechodząc obok jakiegoś z nich, miała nieodparte poczucie, że ten zaraz kłapnie zębami i będzie po niej. Ten lęk był dla niej źródłem niepewności i ogromnego wstydu, bo każdy z jej rodzeństwa był wybitnym lotnikiem, a jej ród słynął z hodowli jednej z najznakomitszych ras smoków. Nie rozumiała ich mowy ciała, poza tym, że wszystko zdawało jej się zagrożeniem. Nawet smoczątka, pomimo naturalnej dziecięcej słodkości, wydawały jej się zbyt szybkie, niemożliwe do przewidzenia. Zwykle przy karmieniu musiała walczyć z odruchem nagłego cofania ręki, jeśli któryś z nich wygiął esowato szyję.
Raz po takim karmieniu, gdy miała 10 czy 11 lat, schowała się w kantorku z karmą i popłakała. Tak skuloną na worze czyszczących zęby chrupek znalazł ją tata.
– Gwiazdeczko, co się stało? – spytał, kucając i obejmując Rimę.
– Boję się ich. Nikt inny się nie boi, co jest ze mną nie tak? – wybąkała wtulona w jego bark.
– Nic, malutka, to nawet bardzo dobrze, że masz takie odczucia. – Wziął w dłonie spuchniętą buzię swojej córeczki. – Smoki trzeba szanować i rozumieć ich siłę, a kto ma to robić lepiej, jeśli nie ktoś, kto widzi, jak groźne są. Będziesz potrzebowała więcej odwagi niż twoje rodzeństwo, ale już samo to, że się przejmujesz, pokazuje, że ją masz. A teraz leć umyć buzię, coś ci pokażę – rzucił, wstając, i zaczął grzebać w torbach z przysmakami.
Po kilku minutach wyszli ze stajni na lądowisko. Tata rozrzucił przysmaki na ziemię i gwizdnął. Zerwał się wiatr i dwie małe postaci przykrył wielki cień. Rima schowała się za ojcem.
– To jest Berias, niegdyś smok twojego dziadka, a teraz mój.
Jaszczur zatoczył na niebie koło, po czym z gracją wylądował, czym wzniósł na placu chmurę pyłu, i zajął się pałaszowaniem smaczków z wesołym gulgotem.
– Kiedy byłem w twoim wieku, też miałem problem ze smokami, żadne młode nie chciało się mnie słuchać, nie czułem połączenia i nie rozumiałem ich mowy. Dlatego dziadek w końcu kazał mi zająć się tym tutaj i teraz ja zlecę to tobie.
– Nieee, tato! – krzyknęła i uczepiła się obiema rączkami za jego rękaw. – To ja już wolę karmić pisklęta, nie będę narzekać, naprawdę!
– Ale tu nie chodzi o narzekanie, gwiazdeczko, tylko o naukę. A ten dostojny starszy pan jest dużo lepszym nauczycielem niż porywcze maluchy.
„Dostojny starszy pan ” zdecydowanie jawił się dziewczynce jako największy koszmar. Cielsko przynajmniej trzydziestometrowe w kłębie, sama głowa wielkości pokoju i do tego pełna ostrych jak sztylety zębów. Miedziane łuski mieniły się metalicznie w promieniach popołudniowego słońca, co uwydatniało bardziej zmatowione miejsca blizn w okolicy barków i pyska. Jego spojrzenie jednak było spokojne, ciekawskie i czujne. Z decyzją ojca nie było dyskusji, jakkolwiek łagodnym człowiekiem by nie był, w tym momencie splótł jej los z tą bulgoczącą bestią.
Lata mijały, a relacja między Rimą i Beriasem rozwijała się. Szybkie karmienia i podglądanie zza skał zmieniły się stopniowo w ćwiczenia komend i ostrożne czyszczenie łusek, aż doszło do regularnej pielęgnacji, przy której młoda Vamirka raczyła smoka ploteczkami, których ten cierpliwie słuchał. Faktycznie gad okazał się dobrym nauczycielem, szczególnie kiedy czuł, z jakim poważaniem jest traktowany. Rima pojęła wagę cichych, niskich dźwięków, które wydawał, zauważyła, że kiedy jest czujny, zastyga w bezruchu, kiedy jest zły lub zdenerwowany, wibruje mu ogon , a kiedy szczęśliwy i spokojny – jest rozluźniony i ociężały. Przede wszystkim jego reakcje były stabilne i zdecydowane tak, że przebywanie przy nim nauczyło ją widzieć je w innych, bardziej porywczych osobnikach. Czuła się w jego obecności dobrze, ale nadal nie w pełni. Starała się nie naruszać zbyt mocno jego przestrzeni, a traktowanie go jak człowieka i gadanie, nawet o codziennych bzdurach, rozluźniało ją i pomagało wyciszyć obrazy agresywnych pysków jego pobratymców. Nie zdecydowała się jednak na naukę latania, chociaż z zazdrością czasem patrzyła na akrobacje powietrzne swojego rodzeństwa. Przychodzenie do Beriasa stało się po prostu jej małym rytuałem, połączeniem z kulturą ludu.
Jednak tak jak wszystkie dobre rzeczy, ta sielanka musiała się kiedyś skończyć. Rima była wtedy już dorosłą pannicą, studentką na wydziale historycznym, gdzie pod czujnym okiem swojego ojca robiła doktorat. Dzień zaczął się bardzo normalnie. Po solidnym śniadaniu w wesołym gronie rodziny tata poprosił ją o przygotowanie smoka do lotu. Już od tygodnia nie gadał o niczym innym tylko o wyprawie archeologicznej, w której miał uczestniczyć. Grupa z Umei już podobno dotarła na miejsce i rozbiła obóz badawczy, a on miał do nich dołączyć od strony gór i przywieźć zapasy na resztę badań, które niepotrzebnie by obciążały wyprawę pieszą. Rima poszła więc do Beriasa, nakarmiła go, wyszczotkowała i osiodłała, po czym zaczęła zabezpieczać paczki z zapasami. Wtedy ojciec wszedł do stajni sprężystym krokiem, wystrojony jak paw w piaskowym stroju odkrywcy z bufiastymi bryczesami i w skórzanej, ocieplanej czapeczce lotnika. Rima roześmiała się, kiedy ten karykaturalnie wypiął pierś i uchylił wyimaginowany kapelusz.
– Dobra robota – powiedział, wskazując na paczki – jeszcze tylko pomóż mi to przypiąć, gwiazdeczko.
Dziewczyna gwizdnęła. Smok spojrzał jej w oczy wyczekująco.
– Beri, teraz będziemy ładować. – W odpowiedzi usłyszała niski, spokojny bulgot.
Vamirowie chwycili z przeciwnych stron konglomerat pakunków i ze stęknięciem włożyli go na wypłaszczony łęk transportowy, po czym ojciec wskoczył na siodło i zaczął zapinać podawane przez Rimę pasy. Gdy zapasy zostały już zabezpieczone, usadowił się wygodnie i poklepał smoka, który powoli wstał.
– No – westchnął przeciągle ojciec i uśmiechnął się. – To lecę.
– To leć – odparła wesoło Rima – i przywieź mi coś fajnego! – dodała jeszcze, kiedy smok zaczął się już rozpędzać do startu.
Zakryła oczy, gdy Berias wzbił skrzydłami chmurę piachu, a kiedy je odsłoniła, ci dwaj byli już tylko małym punkcikiem na niebie.
Tata był znanym archeologiem. Bardziej teoretykiem niż praktykiem, ale raz na jakiś czas zdarzały mu się wyjazdy. Dlatego dziewczyna niczym się nie niepokoiła i kontynuowała swój dzień. Wieczorem jednak, gdy przysypiała przy domowym palenisku nad nową książką, do salonu nagle wpadł jej najstarszy brat.
– Rima, chodź szybko, Berias wrócił!
– Co?! – Gwałtownie odłożyła książkę, wstała i przetarła oczy. – Sam? – zapytała.
– Sam. – Głos brata wyraźnie się załamał.
Chwilę później, zapinając jeszcze płaszcz, schodziła szybko po schodach do stajni, gdzie już z daleka było widać ruchome światła i słychać wzburzone głosy. Na tle ogników pochodni rysowała się wielka sylwetka smoka: przestraszonego, spiętego i czujnego. Z jego gardła co chwilę wydawało się płaczliwe „G’ach”. Ucichł dopiero, gdy zobaczył idącą w jego stronę Rimę. Nie czuła strachu, kiedy wielki łeb szybko przybliżył się do niej. Pozwoliła mu wtulić się w nią nosem i wpatrzona w ból widoczny w jego oczach próbowała zrozumieć, co się stało. Smok był wyraźnie przerażony, nie był ranny, ale jego pysk i lewa łapa pokryte były krwią, gęstą i ciemną. Nie vamirską .
– Bracie, zbierz drużynę – powiedziała zdecydowanie – musimy go znaleźć.
Jedyny strach, który teraz czuła, był o życie ojca. Poleci, nie miała co do tego wątpliwości, nawet jeśli niepoprawnie technicznie . Czuła jednak, że ufa teraz smoku bezgranicznie. W końcu wrócił po pomoc. Położyła dłonie na wielkim nosie, spojrzała głęboko w bursztynowe oczy stwora i powiedziała.
– Zabierz mnie do taty.
.
Redakcja i korekta @Jaszczur ![]()