Aleksander Krynicki – Landworld – Runda I

Dzika Rezacja - zaginiona kraina, El Dorado mieszkańców Landworlda. Miejsce gdzie się ręką nie sięgnie, jest złoto. Co prawda, metaforycznie, lecz czy silny niewolnik nie jest dużo wart? Czy za wróżkę nie można dostać nawet stokrotności jej wagi w złocie? Dziś więc będzie o tym jak kraina miała się zmienić, lecz zmieniający się świat zaczął przywracać ją do oryginalnej postaci.

Wszystko zaczęło się dawno temu, od Estalndyckie króla Aerajka IV, którego imię nadal jest dobrze pamiętane w Rezacji, zaś na jej dzikim południu - wyryte w wybrzeżach po dziś dzień. Może nie dosłownie, królowi raczej nie przystawałoby rycie na obeliksach tubylców swego imienia z notatką, że się tutaj było. Należał on do szaleńców, którzy byli gotowi przebyć Morze Diabłów i zamiast płynąć dalej wzdłuż wybrzeży Kaponu, odbić na nieznany zachód. Odnalazł tam żyłę złota, której jednak nie było mu dane wydobyć. Przelał za nią zbyt dużo krwi, lecz do ostatnich swych dni pytany o wyprawy na Morze Kamienne, zawsze stwierdzał że dobrze na tym zarobił.
Nikt inny na tych ziemiach nie pozostawił po sobie większego odcisku niż ten człowiek. Przez wieki, z setek portów jakie wzniósł, przetrwała garstka. W wojnie wręcz o motywach kolonizacyjnych nim jeszcze zaczęły one później funkcjonować, i to też w temacie Rezacji o dziwo, dzikusi sami siebie spisywali na straty. Liczne klany, rody i plemiona walczyły podzielnie wobec przeciwnika który był niepodzielny - a to była ledwie jedna z wielu przewag Estlandczyków. Z wikingami w szła technologia, strategia, doświadczenie, niekiedy również przewaga fizyczna - nie brakuje w końcu pośród nich barbarzyńców i ludzi ich półkrwi. Dopiero interwencja wróżek, gdy najeźdźcy zaczęli wznosić własne bożki i rodzimowierstwo Rezacjan niszczyć, sytuacja uległa zmianie. Nie wiadomo kiedy wróżki walczyły ostatni raz, lecz gdy już postanowiły, dziać się miały dziwy które przechodziły wszelkie myśli. Nadal jednak, magia wobec technologii nie zawsze wygrywała. Wykuwane przez wróżki artefakty wpadały czasem w ręce wrogich żołnierzy, one same również. Tym samym, jednostronna masakra przeradzała się w dwustronną.
Konflikt miał wytracić impet gdy Aerajk zaczął tracić zainteresowanie regionem, jednak ostatecznie został on zakończony porozumieniem zawartym między jedną z władczyń a głównodowodzącym Estalndczyków. Historia już nie pamięta kim byli ci ludzie, lecz w folklorze krąży legenda o lisiej pannie i bałwanie solnym, który został zwabiony do jej nory, lecz niestety bez dobrego zakończenia, bowiem obydwoje w nim giną - z miłości i wycieńczenia…
W miejscu gdzie lisica norę miała ponoć później założono miasto Swaenbar, gdzie Estlandczycy i dzicy Rezacjanie mieli w ramach prezentacji pokoju, wspólnie żyć. Nie było to oczywiście łatwe, szczególnie na początku. Rezacjanie nie rozumieli konceptów dni, miesięcy i tygodni, wikingowie zaś gwiezdnych założeń oraz cykli natury. Jedni łowili ryby codziennie, drudzy wypływali na nie w odpowiednich cyklach. Drudzy spędzali godziny na polowaniach, pierwsi jedynie zakładali sidła by później je sprawdzić. Lecz to co najbardziej wybijało obydwie storny… połączyło je. Walka. Rzemiosło wojenne. Sztuka bitwy. Estlandczycy trwali w wielu konfliktach z racji łupienia innych nacji, dzikusi trwali w nieustających wojnach między sobą. Areny, walki tylko do krwi, były czymś co sprawiło, że ich wspólnych językiem nie stała się mowa a język ciała. Później przyszedł teatr, przemawiający w ten sam sposób, zaś dekady później zaczęła kwitnąć poezja - tak samo jak nowe drzewa. Ale, nie trwało to długo.

Wielu uznawało, że era krwi i prymitywizmu na tych ziemiach dobiegła końca, lecz nie. Swaenbar był jedynie wyjątkiem w skali całej krainy, oazą na pustyni która powoli wysycha. Estland ze zgromadzonych bogactw tworzył coraz większe statki, a tym samym przeprawy przez morze kamienne stawały się trudniejsze i niebezpieczniejsze. Po dziś dzień krążą plotki o statkach widmo i ścieżkach potępionych znaczonych wrakami.
W mieście zaczynało brakować równowagi w postaci świeżej krwi tych “bardziej cywilizowanych”, a dzikusów tylko przybywało - w końcu to ich ojczyzna. Nie brakowało uciekinierów, wygnańców czy też najzwyklejszych interesantów, miasto stało przed każdym otworem. Z dekady na dekadę miasto popadało w coraz to większy chaos, co… trwa po dziś dzień. Ogrom obrzeży przypomina porzucone miasto, wręcz sezonowe wioski nie odwiedzane od lat. Powoli wraca do nich zwierzyna, zaś dzikusi uznają to miejsce za interesującą odskocznię od klasycznych polowań wśród wzgórz i lasów. Estalndczycy zachowali jedynie względną kontrolę i spokój tylko w porcie, skąd najczęściej wyruszają ich wyprawy łowców wróżek. W podobny sposób utrzymują spokój w innych portach, choć i tak gdy ma zbliżać się okres lodu na morzu kier, wielu porzuca porty by wrócić do faktycznych domów. A i tak nie zawsze wracają, przez co liczba oddanych z powrotem naturze zatok, z roku na rok wzrasta.

Skopiowano z FB według dyspozycji autora.

2 polubienia