Bartosz Król - B_DEAD - Runda I

W odległej galaktyce nieopodal czarnej dziury…

Nie no, żartuję.

Znajdujemy się w południowej części dawnego USA. Kraj ten nie dbał o swoich obywateli, co znalazło zwieńczenie w masowym zbombardowaniu miast. Zbrodnia przeciwko ludzkości? Owszem, ale decyzję podjęto kiedy większość ludzi już nie żyła. Uczyniło to te tereny jednymi z bezpieczniejszych i najmniej zaludnionych naraz.

MC Warlocks pozostawali największą grupą w okolicy. Nie wynikało to wyłącznie ze skłonności do przemocy, którą ich protoplaści wykazywali jeszcze w czasach przed zarazą. Byli od początku, nieufni wobec rządu, co uratowało życie nie tylko im, ale też wielu innym Amerykanom.

Z początku z podobną rezerwą podchodzili do innych grup ocaleńców, ukrywając się za blaszanymi murami, ze szczytów których dudnił brutalny metal. Ten gatunek muzyki uspokajał zombie i gwarantował względne bezpieczeństwo.

Dopiero kiedy zasoby wypracowane jeszcze za czasów przed pandemią zaczęły się kończyć, Warlocksi siłą wywalczyli sobie hegemonię.

Wyłącznie Skauci zamieszkujący pobliskie góry zachowali autonomię. Status quo przypieczętowano krwią tych, którzy próbowali się przeciwstawiać. Skauci uważali, że uratowała ich bardzo dobra znajomość gór, ale tak naprawdę Warlocksi po prostu nie widzieli większych korzyści w podporządkowywaniu sobie tej grupy.

Wszystkie inne miały coś cennego. Stillersi pokornie hodowali kukurydzę i dostarczali bimber. Curdmeni składali jako trybut kozie sery i skórzaną odzież. Aguaros może i buntowali się najczęściej, ale jako jedyni organizowali po rzece wyprawy do ruin i dzielili się skarbami.

A Skauci? W górach nie pozostało nic wartego uwagi.

Warlocksi zresztą mieli zerowy szacunek do muzyki Skautów, choć ta też była skuteczna. Folk za bardzo kontrastował z metalem. Zamiast uspokajać, wabił zombie, które Skauci wykorzystywali do zastawiania pułapek. Taktyka godna tchórzów – jak uważali bikersi.

Warlocksów nie można było przedstawić tylko jako wyzyskujących innych barbarzyńców. Ich baza z czasem się rozrosła i przeobraziła w miasteczko będące regionalnym centrum handlu i kultury. No, wiecie, takiej postapokaliptycznej kultury.

Łaskawie co kilka lat organizowali igrzyska, ogłaszając w ramach nagrody: nadawanie praw, zmniejszenie wymaganego trybutu i tym podobne.

Tegoroczna edycja była wyjątkowa z kilku względów. Po pierwsze – przeciwnikiem był odmieniec. Warlocksi nazwali ją na wzór swoich naszywek Harpią. Była niezwyciężona.

W walce z mutantami poznanie ich upodobań muzycznych było najważniejsze, ale Harpia nie reagowała na żaden ze znanych rodzajów muzyki.

Po drugie – nagrodą była jedna z dwóch córek wodza Warlocksów. Typ miał dwie, które poetycko nazwał Slice i Dice. A tak się składa, że w tej drugiej z wzajemnością zakochał się młody Skaut imieniem Lyric.

Dice zdradziła mu tajemnicę o pochodzeniu Harpii w nadziei, że odnajdzie w jej siedliszczu coś, dzięki czemu pokona potwora.

Skauci potajemnie mieli kontakty ze wszystkimi pozostałymi grupami. Aguaros pokazali Lyricowi bezpieczną drogę do centrum miasta. Użyczyli mu nawet jedną z łodzi, ale w podróż do piekła musiał udać się samotnie.

Ostatnim śladem po erze globalizacji w tym rejonie Ameryki pozostawały tylko wszędobylskie zarośla kudzu. Ten inwazyjny gatunek trzymany wszelkimi siłami poza granicami zamieszkanych terenów był głównym beneficjentem upadku cywilizacji i po wyczekiwanych dziesięcioleciach walki wreszcie mógł rozplenić się aż po horyzont. Gdyby nie wiedza Aguaros, Lyric z daleka mógłby nawet nie rozpoznać, że kiedyś było tu miasto.

W miastach roiło się od odmieńców wszelkiej maści, ale jakimś cudem Lyricowi udało się dotrzeć do opisanego przez Dice budynku. Drzwi nie porastało tak gęsto kudzu - wyraźna wskazówka, że ktoś to miejsce odwiedzał. Wszedł do środka gotowy na wszystko, a przynajmniej tak mu się wydawało. Uderzył go smród zgnilizny pochodzący z resztek niezliczonej ilości ofiar Harpii. Po pierwszej fali obrzydzenia odnalazł w sobie dostatecznie dużo siły, aby zabrać się za poszukiwania.

W legowisku Harpii składającym się z luźno porzuconych szmat odnalazł przedziwne małe urządzenie. Pudełko z korbką. Gdy nią zakręcił, z wnętrza wydobyła się prosta, niewinna i kojąca melodia. Zabrał to ze sobą, bo nie znalazł nic lepszego.

Wyszedł na arenę. Towarzyszyły mu śmiechy bikersów. Inni zawodnicy byli potężniejsi, lepiej wyposażeni. A i tak polegli. Stanął przed Harpią z tą myślą w głowie, ale zdeterminowany. Kiedy podnieśli kratę bestia rozpostarła swoje skrzydła nacierając.

Zakręcił korbką.

Harpia stanęła w miejscu. Przekręciła głowę. Znajoma melodia uczyniła ją na chwilę niegroźną, wręcz potulną. Skuliła się, znowu przypominając bardziej dziecko, którym kiedyś była. W jej oczach pojawiły się łzy.

- Tęsknię za mamą – powiedziała – zabij mnie proszę.

Ale Lyric jej nie słuchał. W przypływie euforii obejrzał się z dumą za siebie i spojrzał na Dice, myśląc o tym, jak piękne będzie ich wspólne życie. I wtedy pozytywka się zacięła.

2 polubienia