Damian Szondermajer - Sacrifiction - Runda I

Raz upuszczona krew już na zawsze pozostaje częścią ziemi. Spływa strumieniami poprzez doliny i kotliny do najniższych partii Kaani-Ren, gdzie drąży rozległe szczeliny i znika na zawsze z oczu śmiertelników. Gdy ludzie nie widzą rozbryzganej posoki, myślą, że przestaje istnieć; w ich oczach staje się ona zatartą historią, zakopaną po wsze czasy w trzewiach barbarzyńskiej krainy. Posoka jednak podróżuje dalej, głębiej, nieprzerwanie drąży muł, glebę i skały, by dotrzeć tam, gdzie nie narodziło się jeszcze nowe życie.

Tutaj, w Kaani-Ren, krew nigdy się nie rozkłada. To wiecznie płynący potok ludzkich myśli oraz wspomnień, który nie usycha wraz ze śmiercią, a jedynie zmienia swój nurt. Tak długo jak krew pozostaje w ciele, tworzy nierozerwalną jedność z istotą indywidualnego bytu. Gdy zaś opuszcza ona organizm, łączy się z resztą samowolnej juchy, by razem ulec prawom grawitacji i spaść do bezdennej otchłani. Taka jest kolej rzeczy – jak wierzy cywilizacja, choć może ona tylko snuć domysły względem tego, co dzieje się na samym dole z tajemniczą posoką.

Tak naprawdę przepływ krwi nigdy się nie kończy. Tuż pod najtwardszymi skałami – naturalnymi fundamentami Kaani-Ren – zionęła chłodna pustka, która od początku istnienia czekała na wypełnienie. Gdy czerwona ciecz przebiła się przez ostatnią warstwę kamienia, stworzyła iście surrealny pejzaż. Krwiste wodospady wydobywały się ze sklepienia pustki, wpadając do nisko położonych koryt i płynąc dalej niezliczonymi rzekami. Karmazynowy blask skąpał niegdyś bezbarwną krainę – wydobył jej niewidziane wcześniej kształty, od łagodnych wzgórz oraz nieskalanych równin, aż po strzeliste i surowe szczyty. Idealnie statyczna, pozbawiona życia sceneria kontrastowała z nieustannie przybywającymi falami ludzkiej posoki. Wojny, mordy i klęski powodowały straty na powierzchni, a jednocześnie wzbogacały to nieuchwytne podziemne królestwo; każde zabójstwo to kolejny odcinek rzeki, każdy konflikt to nowa krynica.

Taka ilość żywotnej cieczy – zebrana w jednym miejscu – musiała w końcu wywołać efekt inny niż tylko ukształtowanie terenu. Poza korytami, tam gdzie krew zatrzymała się na dłuższą chwilę, zaczęła wyrastać roślinność. Kwiaty – czarne i zimne jak otaczająca je pustka – w karmazynowym blasku przypominały zwiędłe róże czy lilie. Trawa, nienaturalnie cienka i wysoka, wyglądała jak ostrza naznaczone wnętrznościami ofiar. Na brzegach strumieni pojawiły się również niewielkie krzewy: wykrzywione, miękkie i śliskie niczym wyprute organy. Z racji stale zmieniających się nurtów roślinność została skazana na wieczną tułaczkę za krwią będącą źródłem ulotnego życia i nieuchronnej śmierci

Prawdziwy przełom nastąpił wtedy, gdy najstarsza z rzek dotarła na sam kraniec, wydawałoby się, niezmierzonej pustki. W stożkowatej głębinie, tuż pod skalistą ścianą, uformowało się bowiem jezioro. Skoncentrowana krew buzowała i gwałtownie bulgotała, desperacko szukając dalszej drogi. W końcu fale wyrzuciły na brzeg formę.

Czerwona postać szukała swojego kształtu. Wśród myśli, które spowijały całą jej istotę, odszukała tę jedną potrzebną ideę i stanęła na dwóch nogach. Nieświadoma sposobu, odnajdywała w sobie kolejne cechy, które pomogły jej ostatecznie rozejrzeć się wokół. Cokolwiek zobaczyła, czegokolwiek nie poczuła, nie dało to odpowiedzi na jej pierwszą samodzielną refleksję: Dlaczego istnieję?

Wtem omal się nie rozpadła. Uderzyła ją bowiem świadomość, że nie jest “sobą”. Nie, nawet nie jest. To właściwie nieopisywalne uczucie – przebłysk koncepcji, że ta wcześniejsza refleksja, formowanie, wyodrębnienie to tylko finalny produkt cząstkowych wspomnień różnych istot. W doczesnych warunkach taki kryzys tożsamości krwi nie powinien wystąpić, gdyż tożsamość to domena rzeczy stałych, jednolitych, czyli zupełne przeciwieństwo posoki. Jednak gdy ta trafia na ścianę, wszystko się zmienia. Zastana krew szuka dróg innych niż te fizyczne, zastanawia się, wątpi. Potrzebuje naczynia.

Postać rozumiała jedynie jak, a nie dlaczego. Obejrzała się raz jeszcze po przestworze niewidzianych podziemi – nieustannie zalewanych przez czerwone fale – aż dosięgła wzrokiem wodospady wyzierające z dziur w sklepieniu. I tak jak cywilizacja zastanawia się po dziś dzień nad biegiem krwi, tak postać zastanawiała się wtedy nad źródłem karmazynowych wód: genezą swego istnienia.

Kolejne idee zaczęły się urzeczywistniać. Wspomnienia przeszłości. Wizje bólu.

W jednej chwili postać poczuła udrękę niezliczonych istnień. Udrękę zdradzonych, zadźganych, ściętych, poćwiartowanych, pożartych żywcem. Ich cierpienie, smutek, gniew kumulowały się w całej jusze tej zapomnianej krainy, w sercu rwących potoków, gdzie płynęła nie tyle krew, a głuchy krzyk; wołanie o pomoc, łaskę, przetrwanie oraz zemstę.

Nagle postać zrozumiała i przyjęła to, że musi stać się strażnikiem tego wiecznego królestwa. Po to, aby poszukiwać sensu oraz nieść ukojenie nieskończonym ofiarom bezlitosnej powierzchni.

1 polubienie