Edeńczyk Pacyfista

Wstawiam opowiadanie które na facebooku spotkało się z chyba najlepszym odzewem. Napisałem je dużo wcześniej, kiedy dopiero zacząłem eksplorować wątek technologii jaką posługują się Edeńczycy - alternatywy dla jakichś cyberpunkowych wszczepów i sztucznych inteligencji.

Edeńczyk pacyfista. Jeden kurna na sto. To był prawdziwy powód, dla którego dali mu karabin klasy 151B. Wszyscy mu zazdrościli; nikt kto sam zgłosił się po ten model, nigdy go nie otrzymał, nikt też poza jego użytkownikami nie znał całej prawdy. Nieosiągalna dla innych typów skuteczności, słynne bohaterskie obrony i szturmy, przy przeważającej liczbie wroga.

Spokojni chłopcy, którym przydzielano tą klasę na polu walki okazywali się maszynami do zabijania.

Teraz już wiedział, że po prostu to nie oni zabijali. W pierwszej swojej walce, kiedy w gorącym momencie uruchomił pełny tryb bojowy uznał to za błąd interfejsu. Na początku bał się, że nie wykryto u niego jakichś nieprawidłowości po operacji, i że zaraz całkiem zwariuje. Ale prawda okazała się wiele gorsza: gdy pojawili się wrogowie stał się tylko pasażerem w swoim własnym ciele. Jak przez grubą szybę obserwował rzeź jakiej dokonywał, i żeby nie było wątpliwości, nie używał do tego tylko karabinu. O nie. Typ 151B swymi splotami kontrolował o wiele więcej niż każdy inny karabin, czołg albo działo Edeńskiej produkcji, miał wpływ na całe jego ciało.

Więc za drugim razem, powstrzymywał się. Krótkie serie i ostrzał zza bezpiecznej osłony, starał się trzymać z tyłu, głownie za tymi bardziej brawurowymi z towarzyszy. Widział nadprzyrodzoną prędkość ich strzałów, gdy w pełnej synchronizacji ze swoimi karabinami metodycznie rozwalali liczne cienie. Sam zaliczył małą ilość trafień, ale udało mu się nie uruchomić trybu bojowego ani razu, cały czas tłumił zew broni i strzelał „na ślepo” to jest z użyciem swoich własnych oczu i mózgu do celowania i koordynacji.

A potem wracając do transportera, w wyoranej laserem w ziemi kotlinie przed nim coś mignęło i nim się obejrzał gołymi rękami wyrywał cieniowi z dłoni nóż wraz z palcami. I zapamiętał tego właśnie cienia bardziej, niż pierwszego jakiego zabił; w połowicznym rozkładzie i z tylko górną połową ciała. A on też tylko jako półczłowiek patrzył jak pękają prawie ludzkie tkanki gdy pozbawiał wroga broni. Oczywiście nie robił tego sam. Nie oparł się, a tryb bojowy przejął kontrole. Później ci którzy szli do transportera razem z nim klepali go po plecach, wyrazy szacunku ze strony współtowarzyszy nie stłumiły w nim przerażenia. Skoro tryb mógł się włączyć sam, to co będzie jeśli kiedyś nie będzie chciał się wyłączyć? Co jeśli pasażer w jego głowie, którego przez setki lat zmian i eksperymentów ugładzili i zaczęli nazywać tylko kolejnym „kompanem”, „towarzyszem”, co jeśli to co w gruncie rzeczy było kiedyś pasożytniczym grzybem zyska na tyle świadomości, żeby przejąć nad nim stałą kontrole?

Może właśnie tyle było potrzeba; kilkuset lat prób stworzenia lepszych żołnierzy i stu pięćdziesięciu jeden wersji, by ta następna przejęła nad użytkownikiem kontrole.

(…)

Spojrzał prosto w lufę karabinu. Wiedział że to nie zadziała, jego palce nie odnajdą spustu, a kula swego celu. Nie widział, a wiedział że za jego plecami trupy słały się gęsto. Nawet w szczytowej formie ci ludzie nie mogli dorównać edeńskiemu żołnierzowi. A żaden Edeńczyk nie mógł dorównać jemu. 151B. Ciekawe czy karabiny mają imię? Teraz nie miało to znaczenia, przez lufę patrzył prosto w oko swojej broni.

- Rób co musisz.

Jakikolwiek opór świata wokół zniknął razem z czasem, wszystko stało w miejscu i tylko on stał świadomie. Pierwsze strzały oddał od niechcenia, jeszcze po części się kontrolując, kilka najbliższych cieni rozpłynęło się w nicość. Potem czołgi, serie cięły wrogów na kawałki, kiedy obok upadł pierwszy pocisk z moździerza. Jeszcze zanim skoczył w bok by uniknąć wybuchu, karabin jego niewidzącymi oczami odnalazł odległe o kilka kilometrów stanowisko artylerzystów i jednym precyzyjnym strzałem obrócił je razem z całym zapasem amunicji w kule ognia.

Teraz to i tak wszystko bez znaczenia.

Nie było granic między nim i bronią. Nigdzie, nie tylko w dłoniach i oczach, czuł broń w nogach i kręgosłupie, była wszędzie tam gdzie mógł ją poczuć i pewnie też tam gdzie nie był w stanie. Lufa karabinu stała w płomieniach od ciągłego ognia jakim równał z ziemią przeciwników. Czuł coś przerażającego; dziecinną satysfakcję o której mówili przyjaciele w koszarach, jaka miała towarzyszyć walce.

4 polubienia