Kranica. Niewielka wieś na południowej rubieży. Za nią rozciąga się pas ziemi niczyjej. Pustkowie trzymające z obu stron w swoich objęciach Czarną Cieśninę – miejsce obrosłe w najstraszniejsze mity. Klify pozbawione śladów życia. Oraz źródło inspiracji niespełnionego poety.
Było późne popołudnie, kiedy dotarł do wsi. Minął zbutwiały drogowskaz. Opodal obrastający mchem kurhan w ciszy przypominał o niedawnej epidemii szarzycy. W oddali stały zapuszczone zagrody i domostwa, ponad którymi wyrastała zaniedbana wieża kąciny. Nieliczne sylwetki mieszkańców majaczyły wśród dojrzałych łanów zbóż, odcinając się na tle gęstego, ciemnego lasu.
Miejscowi powitali przybysza nieufnie i wymijająco odpowiadali na pytania o Kranicę. Poeta przeszedł więc szybko do rzeczy. Opowiedział o swojej podróży w poszukiwaniu ludu, znanego mu ze słów anonimowych dziejopisów. O surowych klifach i wyrastających ponad nimi monumentalnych ołtarzach, gdzie oddawano cześć zapomnianym bogom. I o tym, jak próby dotarcia do dawnych osad spełzły na niczym, gdy zgubił się po drugiej stronie cieśniny.
W odpowiedzi usłyszał o tym, że prababka babki widywała za lasem dziwolągi. Że oddawali oni cześć dziwnym bożkom. I że te bożki ich za zabobon pokarały, zabierając światło i życie. Że wszystko tam zgniło, a ziemia rodzi jedynie węże i robactwo. Że kto się zapuścił nad klify, to nie wracał, a w nocy na niebie tańczyły światła.
Poeta pożegnał miejscowych, którzy wskazali mu drogę i ruszył dalej w kierunku lasu. Na skraju miedzy, w cieniu drzewa zastał wypoczywającego chłopca, który od razu zaoferował, że przeprowadzi przybysza przez las.
Poeta wbrew rozsądkowi przystał na propozycję. Chłopak od razu zaczął opowiadać historie o Kranicy i jej mieszkańcach. Gdy tylko weszli do lasu, korony drzew szybko zakryły większość nieba. W powietrzu unosił się gryzący, słodki zapach, od którego kręciło się w głowie. Z każdym krokiem rośliny zdawały się przybierać coraz ciemniejsze barwy. Mijali powykręcane konary drzew kryjące się pod czarną korą, przypominające na wpół spalone żagwie. Gęste krzewy zaczęły ustępować miejsca poszyciu wyrastającemu dziwacznymi zawijasami w górę.
Nad ich głowami ciemne kształty przemykały w koronach drzew, to pomrukując, to cicho popiskując. Chłopiec ściszył głos. Opowiadał o ludziach znad klifów, którzy zniknęli bez śladu. Poeta zawahał się, jednak młody przewodnik uśmiechnął się zachęcająco i prowadził go dalej. Dopiero teraz, w nikłym świetle, dały się dostrzec jego nienaturalnie zielone oczy.
Opowieść trwała w najlepsze. Ku uciesze poety wspomniane zostały wielkie kamienne ołtarze. Chłopiec mówił o świętach, które odbywały się nad klifami. Ale też o tym, jak wieki temu ludy po obu stronach wody stale toczyły ze sobą mniej lub bardziej krwawe spory.
Kiedy wyszli na otwartą przestrzeń, księżyce świeciły jasno na niebie, zbliżając się do corocznej trójpełni. Ich blask jednak zdawał się nagle blednąć przed dotarciem do ziemi. Jasna łuna wisiała w powietrzu ponad głowami wędrowców, kiedy oni sami kluczyli w mroku. Pod ich stopami wiły się metalicznie połyskujące pęknięcia w ziemi. W sobie tylko znany sposób chłonęły światło księżyców, które wirowało w dół dziesiątkami barwnych strumieni.
Chłopiec w swej opowieści dotarł do fragmentu mówiącego o klątwie, którą mieli zostać obłożeni mieszkańcy południowej strony cieśniny. O tym, jak ludzie mówili, że mieszkańców skazano na wieczne potępienie wraz z demonami, które wzywali.
Poeta przystanął w ciemności. Zapach towarzyszący im od wejścia do lasu, stawał się nie do zniesienia. Czuł, jak świadomość zaczyna odpływać. Słyszał niedaleki szum fal i wtórujące mu wycie wiatru. W oddali, na tle nieba, majaczyły kształty masywnych budowli. Wszystkie zmysły poety nakazywały mu się bać, lecz nie był w stanie. Zielone oczy zabłysnęły w ciemności.
Chłopiec, zapytany, czy jest z Kranicy, jedynie potrząsnął głową. Kontynuował swoją opowieść. Ostrożniej dobierał słowa. Te zaś w panującym mroku zdawały się układać w obraz. Wizję, w której klątwa, miała być błogosławieństwem dla gorliwych wyznawców. Gdzie ludzie za zapomniane już czyny dostąpili nagrody wiecznego życia. Tak mieli trwać, jak byli pamiętani.
Historia stawała się legendą, a dawne dzieje ustępowały bieżącym konfliktom. Pamięć – nieustanna, lecz zdradliwa – stała się wówczas zgubą. Każdy nowy przymiot nadany w pokoleniowych waśniach znajdował odzwierciedlenie w rzeczywistości. Każda klątwa nieurodzaju z czasem stawała się faktem.
Zamilkł. Ciemność była coraz bardziej przytłaczająca. Księżycowe światło rozlewało się w górze. Wiatr szumiał na zgniłym, wyklętym pustkowiu, gdzie człowiek skazał człowieka na wieczne bezcielesne trwanie.
Poeta poczuł nagle, jak świat dookoła zaczyna wirować. Kiedy upadał na ziemię, w głowie wybrzmiało błaganie setek głosów. Ocknął się później na miedzy wiodącej do lasu. Mieszkańcy Kranicy stali nad nim zaciekawieni. Mówili, że zasłabł i tak go znaleźli.
W głowie poety wciąż jednak echem odbijała się chóralna prośba: “Zapomnijcie nas”.
