Grzegorz Pasławski – Blask Naiuny – Runda 2

„(…) i wzeszło słońce dnia czwartego, i stanęło w płomieniach sklepienie, a trzewia ziemi zionęły żarem. I przemówił Stwórca do Przewodniczki Ludów, mówiąc: <<Przeklęta niech będzie twoja ręka i przeklęty owoc czynów twoich, a słowa twoje jadem będą dla uszu, które ich słuchają.>>

I płonął gniew Stwórcy przeciw Przewodniczce, i wysuszone było ciało jej od skwaru, i spalone były jej stopy, a gardło łaknęło wody, jak ziemia pustynna łaknie deszczu.

I uszła w cień wysokiej góry, a ujrzawszy grotę, weszła do niej i uczyniła w niej schronienie. I błogosławiła wody zdroju bijącego z groty, i wszystko, czemu dawały życie.

W chłodzie wód owych znalazła ocalenie, aż przeminął płomień gniewu niebios”.

~Pierwsze Dni, przekład hierarchy Hailtarda

Słońce dawno już skryło się za horyzontem, gdy poeta dotarł do opuszczonej wsi.

Światło księżyca rozpływało się w powietrzu, znacząc całą kotlinę niebieską poświatą. Ciszę letniej nocy mąciło rechotanie żab. W nikłym blasku mężczyzna dostrzegał stare, zarośnięte rowy okalające porzucone pola uprawne. Połyskujące pnącza powoli wysuwały się z wody, by turkusowe kwiaty mogły chłonąć delikatne światło nocy. Kołysały się w rytm własnego melodyjnego gwizdu.

Woda z pól płynęła w stronę wsi, gdzie zasilona Cząstką unosiła się w górę, wzdłuż zbudowanego z trzciny koryta rozciągniętego po kalenicach domostw. Szemrzący strumień wymykał się przez pęknięcia, by beztrosko krążyć ponad domami. Ponad nim cienka tafla wody okalała zabudowania jak kopuła chroniąca rzadki okaz rośliny w pracowni uczonego – teraz roztrzaskana na dziesiątki zawisłych w powietrzu wodnych luster upstrzonych plamami błękitnej darni.

Za uginającymi się pod ciężarem lat chałupami migotało ciepłe światło. Nieśmiało wypełzało spomiędzy domostw, tłumiąc fioletową poświatę powykręcanych, lgnących do wody wysokich grzybów.

Zawahał się. Słyszał o tej wsi aż nazbyt wiele. Samo przyjście tutaj wydawało się nierozsądne. Doświadczenie nauczyło go jednak, że inspiracja nie jest posiłkiem serwowanym w karczmie, lecz cwanym szczurem, którego trzeba ścigać w najgorsze miejsca.

Ponad wsią poniósł się odległy śpiew.

"Bystra woda, bystra woda,

Z górskich zboczy płynie,

Tam nad wodą, tam nad wodą,

Zakwitły lilije."

Głos, choć delikatny i spokojny, przeszył poetę dreszczem. Czyste tony często ustępowały miejsca fałszywym nutom, a wysokie dźwięki przywiodły mu na myśl zawodzenie udręczonego ducha. Zdziczałe pola zdawały się odpowiadać echem, które niosło się po wiszącej nad wioską tafli wody.

"Górska wodo, górska wodo,

Płyń tam ku zagonom,

Co im modre, co im modre,

Zakwita potomstwo."

Przyśpiewka stawała się coraz głośniejsza, gdy zbliżał się do źródła światła. Dostrzegł ognisko płonące karmazynowym blaskiem. Przystanął nieopodal, z mieszanką ciekawości i strachu, próbując dostrzec, kto odpowiada za niosące się po polach fałszywe nuty. Łąki srebrzystych, półprzezroczystych kwiatów lnu, które pięły się z ziemi ku górze, napotykały zwisające z góry pnącza i lilie, podwieszone na delikatnie kołyszącej się nad ziemią tafli wody.

"Gdzie wiatr śpiewa, gdzie wiatr śpiewa,

Piosnki ciężkim kłosom…"

Dostrzegł ciemną sylwetkę z wysokim koszem, która przerwała właśnie zbiory, ucinając jednocześnie swój śpiew. Poeta cofnął się wystraszony. Postać na polu spojrzała w jego kierunku i odchrząknęła z nutą wyraźnego zakłopotania.

– Czy wypada tak zakradać się do samotnej podróżniczki?! – zawołała z teatralnym oburzeniem.

– Ja nie… Po prostu się nie spodziewałem. Wolałem być ostrożny – wydukał zaskoczony.

– Rozsądne. Choć niezbyt uprzejme.

Kobieta zbliżyła się do ogniska. Proste, znoszone ubranie nosiło ślady godzin pracy w polu. Poprawiła włosy przewiązane barwnymi krajkami i usiadła na posłaniu blisko ognia. Gestem zaprosiła przybysza, żeby się dosiadł. Poeta zbliżył się niepewnie. Lęk powoli ustępował pod wpływem zapachu potrawki z kociołka nad ogniskiem.

– Nie jesteś stąd, prawda? – zapytał.

– Twierdzisz tak, bo…?

– Podejrzewam, że miejscowi się tu nie zapuszczają.

Nie umknęło jej uwadze, że poeta świdruje wzrokiem naczynie z bulgoczącym gulaszem.

– Rzeczywiście, jestem w podróży. – Podała mu wypełnioną po brzegi miskę. – Częstuj się.

– Nie śmiałbym.

– Ściągniesz na siebie pecha, odmawiając strawy w podróży.

– Ściągnę na siebie większego, nie dając nic w zamian.

– W zamian możesz mi powiedzieć, co sprowadza w takie miejsce strudzonego wędrowca.

– Tropię ostatnio legendy. – Przyjął posiłek i opowiadał dalej w przerwach między kęsami. – W drodze usłyszałem, że jest tu przeklęta wieś, od której odwrócili się bogowie i dobre duchy. Brzmiało jak miejsce pełne inspiracji. Ma swój urok, nie przeczę, ale to nadal zarośnięta ruina. Jakiekolwiek demony pewnie już dawno ugrzęzły w trawie. Słyszałem, że mieszkańcy zasłużyli na swój los, więc spodziewałem się czegoś gorszego. Przedziwne rzeczy ludzie w tych rejonach wygadują. O, może historia w zamian za posiłek?

– Właściwie… – zawahała się. – Właściwie, czemu nie? Co tu zaszło?

– Ano podobno wieś miała się cieszyć łaskami bogini. – Poeta ożywił się nagle, gdy tylko zaczął opowiadać. – Ziemia była żyzna, a woda płynęła z górskich potoków nawet w czasie najdłuższej suszy.

– Nie brzmi jak przeklęte miejsce – skomentowała.

– Bajka i sielanka, prawda? Podobno len z tutejszych pól był pożądany w całym regionie. Wyjątkowy, lekki jak jedwab i niezwykle trwały. Wszyscy mówili, że to zasługa świętych wód spływających z gór. Że we włóknach zamknięte jest światło księżyca. Mówili nawet, że był cenniejszy od złota. Po latach musiało to zwrócić uwagę lokalnego wiecu.

Kobieta wpatrywała się w ogień. Mimowolnym ruchem obracała między palcami zawisłe w powietrzu zabłąkane krople. Poeta po chwili kontynuował:

– Do wsi przybyło poselstwo. Kapłani mieli sprawdzić, czy rzeczywiście wieś była świętym miejscem. Jednak dziejcy zbadali potok i odkryli, że to nic innego jak źródlana woda naładowana nad stan Cząstką Stwórczą. Natychmiast padły oskarżenia, że mieszkańcy sami zaklinają wodę. Sprzedaż domniemanych świętych materiałów określono herezją.

– Szybko wydany wyrok – skomentowała oschle.

– Wieść miała dotrzeć do uszu samej bogini – kontynuował. – Lokalny wiec nakazał spalić pola, a bogini przeklęła wody i glebę. Górskie potoki miały omijać osadę, a jałowa ziemia przestała rodzić plony.

Kobieta spojrzała z uniesioną brwią na poetę. Odwróciła wzrok na dziko rosnące kwietne łąki. Z rozbawieniem potrząsnęła głową.

– Wygląda na to, że ta bogini średnio radzi sobie z klątwami.

– Cokolwiek powiedziała, chyba osiągnęła cel, skoro nikt tu już nie mieszka. Może zdjęła klątwę, kiedy uporała się z heretykami?

– I nikt z dawnych mieszkańców nie próbował wrócić po latach?

– Podobno oszaleli z żalu. Rozeszli się po świecie, rozpowiadając swoją wersję wydarzeń, ale nikt nie chciał im wierzyć.

– Uważam, że była ciekawsza.

Zaskoczony poeta zaniemówił. Szybko wyciągnął z kieszeni notes, trzymając węglowy rysik w gotowości.

– Znasz ją?

Skinęła głową.

– Wieś nazywała się Lenna. Święta woda była tu na długo przed jej powstaniem. Okoliczne plemiona znały to miejsce, ale pierwszych osadników zwabiła nie woda, a żyzna gleba. Dopiero kolejne pokolenia odkryły, że lepsze rezultaty dają im uprawy na wiszących taflach. Zaskoczona tym odkryciem była nawet bogini. Kiedyś zabłądziła w swej podróży i trafiła w te rejony. Oczywiście nie od razu ujawniła, kim jest. Dopiero w podzięce za ciepłe przyjęcie podzieliła się tajnikami swojej wiedzy o roślinach, pogodzie i prostym rzemiośle. Byli wdzięczni i obiecali godnie korzystać z otrzymanych darów.

– Ale tego nie zrobili? – zapytał.

– Przeciwnie. Kiedy wróciła z wizytą w czasie kolejnych żniw, dostrzegła obfite plony, zboża porastające górskie stoki i bujne zagony lnu. Mieszkańcy ją ugościli, wydali ucztę i podarowali krajkę wyplecioną z najlepszego lnu, dzieląc się swoimi odkryciami o tkactwie. Wiedzieli zaskakująco dużo. Na pewno więcej ode mnie. – Zakaszlała nagle kilka razy, odchrząknęła, po czym kontynuowała: – Ogłosili wtedy, że zaniosą swoje bogactwa w świat, aby wieś mogła się rozwijać. Zresztą bogini sama planowała się u nich zaopatrzyć.

– Z ich perspektywy to całkiem wygodne – skomentował. – Kto miałby to sprawdzić?

– Właśnie w tym celu wiele lat później zjawiła się delegacja wiecu. Planowali zbudować sanktuarium u źródła, gdyby doniesienia znalazły potwierdzenie. Dziejcy zauważyli, że strumienie są wyjątkowe – wręcz przeładowana Cząstką. Żyły wodne ciągnęły ku powierzchni, potoki sunęły niemal nad powierzchnią ziemi, rośliny chłonące tę wodę rosły wysoko i obficie.

– To nadal brzmi jak zwykła dziejska sztuczka.

– Kapłani rzeczywiście byli podzieleni. Część uznała, że to cud, skoro woda wybija z wnętrza ziemi już w tym stanie. Reszta podejrzewała jednak mieszkańców o wykorzystanie imienia bogini wyłącznie dla zysków. Poselstwo miało zostać we wsi na noc i kolejnego dnia ruszyć w góry, aby szukać potwierdzeń u samego źródła.

– I co znaleźli?

– Nigdy tam nie dotarli. W nocy większość wsi spłonęła. Pola lnu zajęły się ogniem, magazyny błyskawicznie stanęły w płomieniach, wielu mieszkańców zginęło w pożodze.

– Tak nagle? Co się stało?

– Myślę, że oboje możemy się domyślać. Kapłani uratowali, kogo mogli i wiec chciał wznowić dochodzenie. Plotka o rzekomej boskiej karze poniosła się jednak błyskawicznie. Wielu mieszkańców zostało bez dachu nad głową. Sąsiednie miasteczka i sioła nie przyjęły uchodźców. Lenna nigdy nie wróciła do swoich lat świetności. Część ludności ruszyła w świat, szukać sobie miejsca, gdzie sąsiedzi nie będą uważać ich za ofiary boskiego gniewu. Niektórzy zostali, dożyli starości, a wieś – mimo starań dziejców wysyłanych regularnie przez wiec – opustoszała i wymarła.

Poeta skończył notować i odłożył rysik.

– Ta wersja wydaje się mniej widowiskowa.

– Może po prostu nie jestem dobrą gawędziarką.

– Brakuje czegoś chwytliwego. Jak gniew bogini z tej pierwszej wersji.

– „…a bogini po dziś dzień sama zbiera len, aby własnoręcznie wyrabiać nowe krajki i koszule”.

– To już lepsze. Mniej przyziemne.

– Być może. Choć to pewnie kwestia… perspektywy.

Spojrzał na nią i się uśmiechnął. W jego głowie ostatni element układanki trafiał na właściwe miejsce.

– Zastanawiam się, czy głodny, wędrowny poeta dostałby błogosławieństwo niebios, gdyby ruszył w świat opowiadać tę wersję wydarzeń.

Roześmiała się i zamilkła na chwilę.

– Jeżeli ruszy głodny, będzie to kolejna porażka bogini.

Poprawiła krajkę przewiązaną na czole i podała poecie kolejną miskę potrawki.

1 polubienie