Jacek Małas - Alre, Varthalas - Runda 2

Elmor, 115 lat temu

Posłuchajcie.

Zgiełk. Rozmowy. Nawoływania.

Zwyczajne odgłosy miasta. Muzyka. Wszechobecna; tutaj, w centrum miasta, roi się od muzykantów i grajków, wirtuozów i szarpidrutów. I jeszcze: dudnienie. Niskie, przenikające miasto falami, krew miasta pompowana z wież siłami bębniarzy. Pieśń Ulic, rytm podstawowy, na którym reszta opiera swoją muzykę.

I nagle: cisza. Niespotykana w Latarnianym Mieście dłużej niż kilka uderzeń serca, kiedy przypadkiem naraz zamilkną rozmowy, śpiewacy biorą oddech czy muzycy trafiają na pauzy w utworach. A ta trwa. Krok wcześniej jeszcze jej nie było…?

Okrzyki „Afonia!” docierały może do drugiej zgłoski, zanim dławiła je eksplozja ciszy, która pochłonęła Elmor w kilka chwil.

***

Apsityria, afonia absolutna.

Nawet gdyby wydarzyła się za dnia i nawet gdyby Elmor miało więcej niż tylko dwóch koherentów, i nawet gdyby nie byli tak daleko od ogniska afonii, nic nie dałoby się zrobić. Z apsityrią nie da się walczyć. Opuszczono by miasto. Ale nie wydarzyła się za dnia, a Zmrocznych, przyciąganych przez światła w nocy, nie powstrzymywała przed ucieleśnieniem już żadna muzyka.

Ulice spłynęły krwią.

***

Niedobitkowie z Elmor odwiedzali czasem przeklęte miasto. Pierwsze pale były wbijane wewnątrz granicy afonii, a dźwięk wieszanych na nich wietrznych dzwonków miał wskazać, że się cofa.

Potomkowie uciekinierów ze Zmrocznego Miasta wbijali kolejne pale na zewnątrz, a milknięcie kolejnych dzwonków mierzyło tempo rozrostu apsityrii.

***

Pelcot, 73 lata temu

Popatrzcie.

Uciekające od Przedarcia dziecko, zawadziwszy o wystający kawałek bruku, wyłożyło się jak długie. Nawet gdyby upadek nie wycisnął z płuc powietrza, i tak by nie zaśpiewało, skupione na bólu. Nie dostrzegało kłębowiska ciemności wynurzającej się z zaułka, gęstniejącej, nabierającej kształtów i masy.

Młodzieniec, za daleko by sięgnąć ręką, za późno, by zaśpiewać więcej niż jedno słowo, jak nigdy wcześniej zapragnął sięgnąć czegoś poza zasięgiem swojego ciała, jak nigdy wcześniej zapragnął odepchnąć niematerialne. Jego cień po raz pierwszy wyzwolił się z okowów praw optyki, oderwał się od powierzchni ulicy i wkroczył na terytorium przestrzeni i objętości, gwałtownie wydłużając się, rozcapierzając i zmieniając kształt, aby czterema kolcami przybić Zmrocznego do ściany budynku.

I na tym być może jego historia by się skończyła, może nie dano by wiary opowieści przerażonego dziecka… gdyby nie gapie. Na szczęście dla młodzieńca dziecko miało ważnych rodziców; stryczek został zamieniony na wygnanie i wypalone znamię, ostrzegające, że noszący je jest cieniarzem.

***

Cirel był cieniarzem i więcej; był luminescentą. Cień zwykłego cieniarza w Latarnianym Mieście, pełnym muzyki, w najlepszym razie popadłby w letarg, w najgorszym uległby atrofii. Ale dusza luminescenty zawiera okruch Światła, który sprawia, że rzucane przez nich cienie są długie i głębokie.

Urodzeni wśród cieniarzy nierzadko stawali się ważnymi osobistościami, wielkimi wojownikami czy przywódcami klanów. Urodzeni wśród Latarników mieli szczęście, jeśli udało im się uniknąć egzekucji jako opętanych przez ciemność. Niektórzy próbowali zacząć życie gdzie indziej, ukrywając swoje zdolności. Większość jednak odszukiwała cieniarzy, wśród których pozostawali jednak przybyszami z zewnątrz, tocząc żywot na uboczu społeczności.

Cirel nie był zwykłym luminescentą. Wyjątkowo silni spośród nich mieli możliwość obdarowania kilku osób mocą, czyniąc z nich równie silnych cieniarzy jak naturalnie zrodzonych luminescentów. Zdarzali się niezwykle rzadko, a ich imiona zapisywały się w historii.

Ale Cirel przerastał nawet nich, a jego imię miało zapisać się również w historii Latarnianych Miast. Choć na początku jego losy potoczyły się tak, jak wielu luminescentów z Latarnianych Miast przed nim. A przynajmniej tych, którym udało się uniknąć śmierci z rąk pobratymców, udało się samotnie opuścić znane tereny i odszukać nomadyczne klany cieniarzy.

Tam trafiali pod skrzydła bardziej doświadczonego luminescenty. O ile klan miał na tyle szczęścia, by jakiegoś mieć lub miał na tyle dobre stosunki z klanem, który to szczęście miał, żeby zawrzeć jakiś układ co do nauki. W przeciwnym wypadku mentorowaniem zajmował się któryś ze zręczniejszych cieniarzy, z cierpliwością potrzebną do uczenia biegania osoby, odkrywającej właśnie, że ma nogi.

Cirel miał szczęście. Uczył się od luminescentki, i to takiej, która sama pochodziła z Latarnianych Miast. Co nie było niczym dziwnym, biorąc pod uwagę dużo wolniej rosnącą populację nomadów. Przyswajanie nowej kultury przychodziło łatwiej, kiedy uczyło się od kogoś posiadającego perspektywę osoby z zewnątrz. I wiedzę, jakich błędów się wystrzegać, aby nie być postrzeganym jako ktoś może i użyteczny, ale obcy. Obcy, który nie przybył tu z własnej woli, ale dlatego, że jego właśni pobratymcy go odrzucili.

Cirel był też młody, a młodym zawsze łatwiej znaleźć wspólny język.

***

Minęły miesiące. Szkolenie postępowało, a on okazał się pojętnym, utalentowanym i potężnym uczniem. Zawarł przyjaźnie, w tym też kilka bliższych. A że był niebrzydki, zwrócił na siebie uwagę niezamężnych dziewcząt oraz paru zamężnych.

Nomadowie nie mieli tak ścisłego podejścia do monogamii jak Latarnicy, ale też nie tak swobodne, jak to zrozumiał Cirel. Podczas targu źle pojęty niuans kulturowy i hormonalny ogień w żyłach doprowadziły do afrontu. Afront zaś do wyzwania na pojedynek przez rozjuszonego, wysoko postawionego wojownika innego klanu. Taką zniewagę mogła zmyć jedynie krew.

Przeciwnik umiał nicować i miał związanego cieniostwora. Cirel, po raz pierwszy stając do prawdziwej walki, zwyciężył z taką łatwością, jakby gasił świeczkę.

Wieści się rozeszły; pozostałe klany zainteresowały się nowym luminescentą, nie tylko ze względu na jego własną siłę, ale na moc, którą potencjalnie mógł obdarować. Tymczasem Cirel tęsknił za solidnym dachem nad głową, bieżącą wodą i ogólnie życiem w mieście. Podobało mu się jednak życie jako cieniarz. Kiedy inne klany zaczęły wysyłać do niego swoich przedstawicieli, w jego głowie zaczął rodzić się plan.

Podczas święta i wiecu klanów zaczął od urabiania luminescentów, którzy urodzili się w Latarnianych Miastach. Czy również nie tęsknili za solidnymi łóżkami i kanalizacją? Ważnym i biegłym wojownikom, którzy byliby przychylni jego sprawie, zaoferował moc.

Tylko on i jego zaufani przyjaciele, starannie wyselekcjonowani, nie pod kątem siły, ale umiejętności i potencjału znali sekret. Cirel był niczym legendarni protoplaści klanów, którzy kilka wybranych osób mogli uczynić luminescentami.

Podczas wiecu przedstawił swój plan: opowiedział nomadom o przeklętym, pożartym przez apsityrię mieście, opuszczonym, zamieszkałym tylko przez Zmrocznych. Nie można było użyć muzyki, żeby się ich pozbyć, ale cieniarze nie potrzebują muzyki. Gdyby połączyli siły… mogliby mieć własne miasto.

Większość nie chciała osiąść na stałe w jednym miejscu; ale cienie tych, którzy poszli za nim były głębokie, a w niejednej duszy płonęło Światło.

***

Wzrost znaczenia cieniarzy, nawiązanie kontaktów handlowych i politycznych, procesy zmiany postrzegania ich przez kulturę Latarników, większa wymiana wiedzy między klanami oraz zapoczątkowanie badań nad życieniami – to wszystko można prześledzić wstecz do jednej przyczyny. Do jednej chwili tuż po zachodzie słońca, kiedy maszerujący na czele cieniarzy Cirel minął pierwsze bezgłośne wietrzne dzwonki, kiedy uniósł dłoń i w niespotykanym w tej części varthalasu pokazie mocy przywołał światło.

Szedł, a jego światło budziło Zmrocznych z miasta, nęciło ich i rzucało im wyzwanie: kto ośmielał się wkraczać na ich teren?

Pierwsze, słabe i nieliczne osobniki nie sprawiły kłopotu siłom Cirela. Ale gdy oni wyrąbywali sobie drogę do serca miasta, zapadała coraz głębsza noc i tym gęstsza ciemność ożywała, stając im naprzeciw. Zaczęli ponosić straty, ale nie mogli zwolnić; następnej nocy musieliby jeszcze raz przedzierać się przez tak wielkie hordy przeciwników. Żeby spadły do zwyczajowych, conocnych poziomów, musieli zgładzić ich źródło: Zmrocznych, którzy pół wieku wcześniej pożarli mieszkańców i, nasyceni, zapadli w letarg.

Plan prawie się powiódł. Zbliżali się już do ostatniego, jednego z tych większych, brodząc po kolana w ciemności z jego rozpłatanych pobratymców… A wtedy tamten zadrżał, zafalował i wypuścił odnóża. Nigdy wcześniej aż tylu luminescentów nie walczyło ramię w ramię; nigdy wcześniej aż tylu nie poległo jednej nocy. Ale w końcu zwyciężyli.

Aby oczyścić miasto do końca, Cirel wspiął się na centralną wieżę, żeby wabić swoim światłem ostatnich Zmrocznych. Ochronny pierścień wojowników długo i wytrwale rozprawiał się z niedobitkami przybywającymi ze wszystkich kierunków. Aż, nareszcie, walka się skończyła, a świt nowego dnia przypieczętował zwycięstwo.

Cieniarze przechrzcili Elmor na Alyon. Ale do ich nieformalnej stolicy przylgnęła inna nazwa: Cicha Latarnia.

picrel: “Soul”, LadyEru

1 polubienie