Z dala od ludzkich siedzib i uczęszczanych szlaków możemy podziwiać alreńską naturę w jej dziewiczej formie: życienie. Poprzedzało ono ludzką ekspansję, która przyniosła ze sobą niszczycielską muzykę.
Jak wyglądał pierwotny ekosystem przed trzema tysiącami lat?
***
Słońce stoi już wysoko na niebie; do zenitu wciąż jeszcze kilka godzin. Cienie wyostrzają się i nabierają głębi, wyodrębniają ze zmieszanej masy pokrywającej ziemię tuż po świcie.
Czas na żer.
Ciemniejsza plama drga, leniwie nabiera kształtów, otrząsa się i wypełza z cienia skały, w którym schroniła się na noc.
(Luminescenta zapewne mógłby nam opisać odcienie składające się na umaszczenie drepika; jednakże najbliższa postrzegalna przez nas reprezentacja, kolory stygijskie, byłaby zbyt uciążliwa i dlatego jej zaniechamy.)
Drepik przeciąga się. Plama ciemności wydłuża się, przednie kończyny na chwilę się zlewają, tułów szczupleje z przodu i robi się masywniejszy bliżej tylnych nóg.
Nie musi się spieszyć. Wczoraj znalazł obiecujące miejsce na posiłek: całe pole błyskwiatów.
***
Zdolne przetrwać nawet na pustyni, w warunkach zbyt ekstremalnych dla zwyczajnych roślin, błyskwiaty nie muszą konkurować o miejsce do życia. Palące słońce o to zadbało.
Ale jak one sobie z nim radzą?
Błyskwiaty (coruscus adustus) pochłaniają światło słoneczne w dwójnasób. Oprócz standardowych szlaków metabolicznych fotosyntezy, te niezwykłe rośliny napełniają swoje samo jestestwo światłem. Ale samo picie światła to tylko połowa rozwiązania – w końcu przecież się przepełnią. Oczywiście, gdzie światło, tam cień. W tym przypadku jak najbardziej dosłownie: błyskwiaty nie rzucają własnego cienia. Zamiast niego znajdziemy symbiotyczny życień, który chętnie wysysa nadmiar światła z materialnej rośliny: ciemnitkę (obscurantus fidelis).
***
To właśnie ciemnitki, pełne zmetabolizowanego światła, są celem drepika.
Podgryza je po kawałku, kilka liści z jednego, kilka z drugiego. W ten sposób takie pole może starczyć na długo.
Niestety, jedna z ciemnitek którą się posilił była już wcześniej czyjąś przekąską. Nie pochłania już tyle światła co wcześniej. Komórki jej błyskwiatu w zenitalnym słońcu napełniają się coraz bardziej.
Drepik kończy już posiłek, kiedy błyskwiat zaczyna lśnić, docierając do granicy swojej pojemności. Aż w końcu: rozbłysk. Przepełniona roślina gwałtownie uwalnia zgromadzone światło do otoczenia.
Przestraszony drepik czmycha w cień najbliższej skały. Kiedy nie dzieje się nic więcej, ostrożnie opuszcza kryjówkę. Oddala się już kawałek, kiedy pole rozświetlają następne rozbłyski, jeden po drugim, szybko: błyskwiat, pochłonąwszy ładunek koleżanki, pozbywa się nadmiaru światła, tym samym wywołując rozbłysk kolejnej rośliny. Na trzech rozbłyskach, nie licząc pierwotnego, kaskada się kończy.
Tyle jednak wystarcza, by przyciągnąć uwagę drapieżcy.
***
Nieświadomy zagrożenia drepik dociera do wodopoju; nie interesują go ani woda, ani zebrane przy niej zwierzęta, tylko sam wodospad, a raczej to, co wodospad stwarza: tęczę. Rozpylona w powietrzu woda rozszczepia światło. A tam, gdzie pojedyncze barwy, tam mnożą się kolorytki. Ważne dla diety drepików, których kilka się już tam posila. Wciąż jednak zostało sporo jedzenia.
Tym razem obżarstwo ma zaletę: drapieżnik ruszył za kilkoma osobnikami, które najadły się wcześniej. Nasz drepik jest bezpieczny.
Dociera do cienia swojej skały przez nic nie niepokojony.
Cienie wydłużają się. Drepik zapada w letarg. Przeżył kolejny dzień.
Słońce zachodzi.
