Contre-Jour; mesdames et messieurs, vous m’entendez?
Złapałem się na tym, że ostatnio wiele moich myśli dedykuję supermasywnej czarnej dziurze Lucipher 0B. Nie tylko moich, ale o tym później. Nie jestem astronomicznie pełnosprawny, ale ciężko nie wiedzieć niczego o grubym skurwysynie gapiącym się w ciebie z nieba czternaście godzin na dobę. Normalnie takie czarne dziury znajduje się w centrach galaktyk; Lucipher 0B jest dość mały w porównaniu do rówieśników, ale i tak zgromadził wokół siebie wielkie masy gazów i zanurzonych w nich gwiazd. Mgławica akrecyjna Lucipher Magni, tak się nazywa i bez niej nie byłoby widać samego Luciphera. Tak naprawdę nie widać go na niebie, mgławica jest zbyt rozżarzona, ale w mojej głowie wszystkie kawałki czerni na niebie należą do Luciphera. Wiem, że tam jest. Resztę łatwo sobie dopowiedzieć.
Wszyscy wiedzą, jak głębokie są studnie grawitacyjne czarnych dziur i czemu wszystkie szlaki omijają je szerokim łukiem. Lucipher jest szczególny, bo jego studnia jest też diabelnie szeroka. Oczywiście jest to wpływ na tyle subtelny, żeby nie dało się go odczuć w skali ludzkiej i astronomicznej. Co innego w skali Podhoryzontu. Obowiązkowe medium podróży szybszej od światła każdej dorosłej cywilizacji; w normalnych warunkach jest zawiłym labiryntem wędrujących korytarzy. W warunkach bliskości Luciphera 0B staje się labiryntem wielopiętrowym i żeby dotrzeć do celu, trzeba stale schodzić głębiej i głębiej, jedna drabina po drugiej. Dalej na północy typowo jednodniowa podróż trwa z tydzień. Na peryferiach najbliżej Luciphera, jednodniowe podróże ciągną się miesiącami. Oto Contre-Jour, mały skrawek świata poza marginesem historii. Może nie powinno nas tu być, ale oczywiście wprosimy się wszędzie.
Nie, żeby lokalsi narzekali. Gdy wyprowadzka z domu trwa rok lub trzy, życie ludzkie nabiera perspektywy. Każda planeta Contre-Jour musi być absolutnie samowystarczalna. W większości przypadków oznacza to powrót do starych dobrych czasów gdzieś między epoką atomu a informacji; powodzenia z produkcją całej wysokiej technologii na własną rękę. Części zamienne można sprowadzać, ale ludzie ssą w przewidywaniu własnej konsumpcji. Bezpieczniej nie polegać na niczym, czego nie możesz zrobić na miejscu. A skoro i tak już dajemy sobie spokój z komputerami, medycyną personalizowaną i z siecią, to i prąd jest mniej krytyczny. Zanim tu przybyłem, w życiu nie widziałem samochodu na gaz. Ani czegokolwiek na gaz, tak w zasadzie. Gaz, benzynę, olej, szlag, tylko z mediów wiedziałem jak wygląda węgiel. Czarne, smoliste gówno, które już do niczego nie służy.
W Contre-Jour pali się nim w piecach.
Słyszałem żarty, na miejscu i bardziej na północy, że to Lucipher robi lokalsom pierdolnik w głowie i dlatego nie mają nic przeciwko wdychaniu raka w proszku (swoją drogą, mają tu też tytoń i jebie nim wszystko). Ludzie są… normalni. Mało rozmowni, trochę wycofani w stosunku do obcych, nieskażeni bardziej ekstensywną edukacją. Nic unikalnego na rubieży.
A jednak, Lucipher cały czas tam jest. I może tutejsi do tego przywykli, ale ja jeszcze nie. To niepokojące, mieć coś tak wielkiego tuż nad głową. To więcej niż megalofobia. Oglądam się ciągle przez ramię, w nocy wyobrażam sobie szmery. Co jakiś czas wydaje mi się, że przez ułamek sekundy coś widziałem na samej krawędzi pola widzenia. To rzeczy, które mózgowi potrafią robić fale elektromagnetyczne, nie grawitacyjne. Lub po prostu paranoja, ale przysięgam, moja aż tak daleko nie sięga. Powinienem być wręcz spokojniejszy, skoro tu już na serio nikt za mną nie przyjdzie. Pozostaje Lucipher 0B.
Raz w barze udało mi się sensownie zagadać grupkę lokalsów; czego drożdże, cukier i etanol nie osiągną? Pół żartem wspomniałem, że czasem czuję się, jakby czarna dziura coś tam szeptała z góry. Trzech najebanych facetów spoważniało jak na komendę i powiedzieli mi, zdaniami złożonymi, że nic mi się nie wydaje. Mają od tego anteny. Tak, planety jadące całe na gazie ziemnym mają anteny do nasłuchiwania czarnej dziury. Nie jakieś przerdzewiałe eksponaty muzealne, tylko skurwysyńskie radioteleskopy na kilkadziesiąt metrów, niektóre nawet na orbicie.
Nie dowiedziałem się, co z tego podsłuchiwania wychodzi. Robią to setki lat, bez efektów i wiedzy, po co. W gazetach zacząłem dostrzegać detale, które wcześniej mi umykały. Horoskopy na podstawie odczytów. Schizofreniczne transkrypcje, fantazje i urojenia. Podejrzanie dużo ofert amatorskiego sprzętu do obserwacji nocnego nieba. Złapałem się na tym, że patrzę teraz na tych ludzi spode łba. Czy to ja jestem problemem, że mi się nie podoba fanatyczne słuchanie tego, co Lucipher mamrocze nocą, a najwyraźniej ma sporo do powiedzenia? Może to ta izolacja od świata; nikt się do nich nie odzywa, więc gadają z czarną dziurą. Może to czarna dziura ma ich owiniętych wokół… mgławicy akrecyjnej, nie wiem. Może to tylko ja jestem przewrażliwiony.
Hm. Nie wspominałem, jak się tu znalazłem, ale chyba nie muszę. Po prostu trochę to zabawne, trochę niepokojące, że uciekając od paktu zawartego z jednym diabłem trafiłem tuż pod nos innego.
Skopiowano z FB według dyspozycji autora.

