Krótki przebłysk chwały i półtora tysiąca lat spłaty długu
Koniec Historii miał nastąpić za sprawą działania szeregu nieubłaganych mechanizmów społecznych – w tym kryzysu demograficznego zdolnego zgasić krztuszące się światła cywilizacji i skazując ją na mroki stagnacji. To te mgliste dni zrodziły pierwszy cel daleko idącej modyfikacji ludzkiego genomu.
Ocalić ludzkość.
Dłuższe życie, eliminacja starych błędów ewolucyjnych, więcej siły w dosłownych i metaforycznych mięśniach, jak również zaprojektowanie sztucznej macicy utrzymałyby społeczeństwo, w którym dzietność spadała poniżej połowy poziomu zastępowalności. Mogliśmy być jak ælfy, nawet jeśli wszystko to były odległe marzenia. W gorączce godziny kryzysu podobne fantazje nie były w zasięgu naszych rąk, jeszcze nie. Poradziliśmy sobie bez nich. Nie zastaliśmy Końca Historii, albo wszedł on w przesilenie i przetrzymaliśmy jego żar, zależnie od interpretacji teoretyków. W każdym razie – historia zaczęła się na nowo. Demografię uratował kryzys, który sama najpierw spowodowała; uratowała ją stymulowana klonowaniem Pierwsza Ekspansja i nasz własny upór.
Niemniej, wizje tych lat sztormu i naporu nie popadły w zapomnienie. Wręcz przeciwnie, stały się obiektem obsesji tych o wystarczających środkach i manii, by kontynuować napoczęte genetyczne dzieło i jego nowy cel w młodym świecie.
Udoskonalić ludzkość.
Z początku byli to przeważnie ludzie w najwyższych wieżach; magnaci giełdowi, bankokraci, technologiczni führerzy i pionierzy Ekspansji. Pozornie drobne statki napędzane ich walutą uzupełniały mapy niezbyt imponującej terra incognita. Ból pleców był z pewnością klątwą rodzaju ludzkiego od jego zarania i wytarcie jego przyczyn bezpośrednio z kodu genetycznego kilku urodzonych w sztucznych macicach klonów mogło spotkać się z aprobatą, ale nie wiwatami. Za dolnymi kręgami podążyły stawy kolanowe, regeneracja zębów i długo wyczekiwana egzekucja na łysieniu androgenowym (siwienie kojarzono z pewną szlachetnością i wykonanie na nim wyroku zostało odroczone). Zadbano również, by nowe wzorce genetyczne dominowały nad nieudolnymi sługami ślepej ewolucji.
Równocześnie z nowym gatunkiem, trudny poród przechodziło nowe społeczeństwo. Wokół odległych kolonii zaciskała się przekazywana dziedzicznie władza lokalnych przywódców, czy to rodzin gubernatorskich, czy korporacyjnych sponsorów. Kapitał przekształcał się w Krew, stare elity w arystokrację. Przeciętna długość życia tych homo novus żwawo przekraczała kolejne progi – w chwili powstania wszechcesarstwa progiem tym było sto sześćdziesiąt lat. W tym samym czasie żył już także człowiek, który miał stać się w przyszłości najstarszym przedstawicielem gatunku ludzkiego. Po raz pierwszy najbardziej ekstensywnie modyfikowane rody nie mogły już mieć dzieci z większością oryginalnych ludzi. Metaforyczna nowa rasa stawała się biologicznym faktem.
Świt wszechcesarstwa umożliwiły przełomy w podróży nadświetlnej. Na jego strukturach insularne rody szlacheckie mogły wreszcie przeobrazić się w zwartą sieć, pulsujący układ organizmu imperium. Trwało to dekady, lecz dopiero w tych warunkach stara gorączka powróciła, napędzająca się własnym wiecznym ruchem.
Imperium powstrzymuje ewolucję.
Wszechcesarze obawiają się własnego potencjału.
Na tronie ludzkim siedzi gnijące truchło.
Historia znów dobiega końca.
Istotnie, ród wszechcesarski nie znajdował się w awangardzie genetycznego postępu przed swoim wzlotem ku słońcu, jak również wielu jego sojuszników. Istniało zatem napięcie między młodą arystokracją, która wykuła imperium, a starszymi rodzinami przekształconego kapitału. Zadanie, które przydzielili sobie wszechcesarze nie było zbieżne z celami wielu z ich wasali. Tam, gdzie imperialny wzrok nie sięgał, nasienie korupcji i konspiracji mogło kiełkować swobodnie, dając początek sekretnym towarzystwom i różnego rodzaju anachronicznym kultom. Górował nad nimi znak supremacji i ewolucji za wszelką cenę – dla jednych socjet oznaczał on konieczność podzielenia się darami genetyki bez oglądania się za siebie; dla innych zawężenie doskonałego gatunku jeszcze bardziej.
Dać początek nowej ludzkości.
W tych ostępach głębokiej przestrzeni rozpoczęto prace nad narzędziami służącymi wzniosłym celom spiskowców. Na lodowcowych światach z obrzeży mgławicy Limes Superior swoje placówki założył jeden z kultów, Poszukiwacze Tła, oddany konieczności obalenia imperium w otwartej wojnie. W ich mrokach uformowano homunkulusy – stworzenia z w pełni syntetycznego genomu, nie tylko modyfikowanego. Świadomość zastąpiła neuralna mgła, programowalna wedle uznania. Ścieżka została otwarta i wkrótce podążyły nią kolejne redefinicje gatunku ludzkiego; genetyczni superżołnierze, waleci o zmiennokształtnych twarzach i jadowitej krwi czy kościści operatorzy próżniowi bez płuc.
Przez lata przedsięwzięcia te utrzymywane były w tajemnicy w równym stopniu przed imperialsami, co przed własnymi współspiskowcami. Napięte milczenie igieł przerwało Bractwo Maioris Arcanoi, autorzy dzieła, któremu nie podołały maszyny. Sztuczna inteligencja – nie z silikonu i złota, ale tkanki nerwowej i guzów nowotworowych. Skept-motivy lub kerngestalty, współcześnie znane pod mniej intensywną nazwą AGNNI (artificially grafted neural network intelligence), stały się w momencie swoich narodzin rysą, która otworzyła w tamie wyłom dla skłębionych wód ideologicznej furii kultów. Ludzkie superkomputery, zajmujące całe sale, trzymane w gigantycznych zbiornikach stymulacyjnych lub na wielkich transzach materii mózgowej.
Kultyści polegali na symulacjach, probabilistyce i werdyktach AGNII, by upozycjonować swoje nieliczne pionki na gwiezdnej planszy w przededniu zapłonięcia ogni krucjaty. W tajemnicy mogli wyhodować armię, ale okręty były poza ich zasięgiem – musieli polegać na marynarkach rodów wiernych sprawie. Pierwsze uderzenie spadło na stocznie i floty rezerwowe imperium, by wydrzeć z wszechcesarskich rąk narzędzia do prowadzenia otwartej wojny.
Wojny, która skazana była na porażkę. Superżołnierze, AGNNI i wszystkie inne zbłądzone dzieła kultów były w istocie doskonałymi narzędziami, skuteczniejszymi niż ich najśmielsze założenia. Spiskowców łączył wspólny cel, wizja nowej ludzkości i ich własne geny, udoskonalone przez dekady i stulecia pracy. Gwiazdy mogły układać się w jeszcze pomyślniejsze konstelacje i nie zmieniłoby to nic; dzieł kultystów były miliony, oryginałów – dziesiątki miliardów. Kultów były tuziny; imperium jedno, zjednoczone w obliczu egzystencjalnego zagrożenia. Nawet AGNNI nie zrównoważyły przepastnych zasobów wszechcesarstwa, gdy to obracało rebelię w proch.
Herezja Czarnych Księżyców to termin wykuty przez historyków wiele lat później. Czarnymi Księżycami były skryte w cieniu Limes Superior placówki, miejsca narodzin homunkulusów, Herezją – wspomnienie mroczniejszych czasów sprzed śmierci wielkich religii. Nastąpiła pierwsza i jedyna tak wielka czystka, bezwzględna wobec każdego przywódcy kultów, każdego spiskowca, a zwłaszcza każdego autora genetycznych wynaturzeń. Czarne Księżyce zostały jeden po drugim odszukane w mroku, najechane i postawione w płomieniach, zasypane radioaktywnym pyłem, aż wreszcie wymazane z map. AGNNI zabito tym samym ogniem, kładąc kres ich istnieniu i pozostawiając historię z pytaniem, ile ludzkości zachowało się w tej przeklętej egzystencji. Być może chciały tego samego, co komputery, po prostu nie potrafiły zabić się same. Być może to ich pragnienie śmierci sprowadziło na kultystów porażkę.
Gdy Herezja została złamana pod ostrzami ludzi wszechcesarza, koterie arystokratów zgięły kolana. Gniew wszechcesarzy wcale nie wypalił się po dosięgnięciu winnych – przeobraził się w chłodny terror, który przez kolejne dekady konsekwentnie inwigilował, kontrolował i dusił stojące za genetyką grona naukowe oraz ich mecenasów. Nowe modyfikacje zostały całkowicie wyjęte spod prawa, narzędzia i źródła wiedzy zniszczone, a każdy biegły umieszczony pod nieustanną kwarantanną informacyjną. Wystarczyło pokolenie, by zagrzebać całą gałąź nauki. Dziś został z niej proch i nowy, ostatni cel.
Utrzymać ludzkość taką, jaką jest.
Jedyna pozostałość po tym wątpliwym złotym wieku dla arystokracji krążyła w naszych żyłach – nowe modyfikacje stały się niemożliwe, a kod genetyczny każdego rodu i każdego jego członka Astry znalazł się w Księdze Krwi, bazie danych pod pieczą domu imperialnego, a później biurokracji w postaci Wszechcesarskiego Konserwatorium. Dziedzic lorda nie rodził się arystokratą, stawał się nim dopiero, gdy jego genotyp zapisywano czerwonymi bitami po upewnieniu się o zgodności z sankcją. Nawet po upadku imperium, Konserwatorium porzuciło tylko zbędną już część swojej nazwy i kontynuowało wypełnianie obowiązku. Nie miało już protekcji tronu, lecz po jego stronie stała tradycja, konformizm oraz polityczna rzeczywistość krabów w wiadrze. Każdy lord mógłby podjąć błędną pogoń za kluczem do własnych genów, lecz nie ukończyłby go za życia, tymczasem dając każdemu rywalowi doskonały pretekst do poeny, wojny lub czystki.
Pozbawione opieki, stare geny rozwadniały się, mutowały i degenerowały. Po stu latach od Herezji stało się jasne, że modyfikowane komórki stały się kilkukrotnie podatniejsze na występowanie nowotworów. Po dwustu, wydłużone życie arystokratów zostało całkowicie zniwelowane przez pewność wystąpienia raka, który zawsze poprzedzał śmierć z występujących później naturalnych komplikacji. Po trzystu latach, lord żył już krócej od przeciętnego człowieka. Dominująca natura zmodyfikowanych genów stała się zgubą rodów – nawet po ustabilizowaniu się najgorszych efektów, rak był już nieodłącznie wpisany w krew każdego lorda.
Dotychczas używałem często określenia my. Jestem, kim jestem, przynajmniej jeszcze przez jakiś czas. Zastanawiam się często nie czy było warto, ale czy wciąż jest. Czemu wciąż panujemy? Czy właśnie przez nasze poświęcenie, przez ten najskuteczniejszy miecz damoklejski ludzkości? Już raz zapomnieliśmy o ostrzu nad głowami i przyniosło to ruinę. Być może nauczyliśmy się patrzeć dalej, poza nasze życia; memento mori wybrzmiewa donośniej, gdy pamiętamy także utraconą erę, w której staliśmy ponad śmiercią.
A może odkryjemy dopiero, gdy historia faktycznie dobiegnie końca.
