Radzono się wszystkich. Szukano winnych. Na próżno.
Kaleniah, dziecko kochane przez lud miasta Tott, dwunastoletnia córka pary hrabiowskiej, leżała martwa. Czerwone, przypominające pajęczynę szlaki na jej ciele mówiły wszystko, a jednocześnie nie mówiły nic.
Dzień był pochmurny, lecz nic nie zdawało się zapowiadać burzy z piorunami. Dziewczynka spędzała czas z rodziną i służbą na wycieczce. O tej porze roku lubiła szukać grzybów.
Naraz zerwały się deszcz i ogłuszający podmuch wiatru, a wszystkich uczestników przejął dziwny niepokój. Przerodził się on w przerażenie, gdy spostrzeżono, że po Kaleniah i jej koniku ani widu, ani słychu. Czy sama pognała za czymś w głąb gęstwin, czy to dziwacznie spłoszony wierzchowiec ją poniósł?
Choć okolica każdemu była dobrze znana, nikt z poszukiwaczy Kaleniah nie zaznał żadnego spokoju ani w ich trakcie, ani już nigdy więcej. Gorączkowe poszukiwania przerwały huk i błysk, oba nagłe i wyraźnie pochodzące z bliska. Jakiś dziwny zmysł lub instynkt natychmiast pognał wszystkich poszukujących do jego źródła. Mimo, że dziewczynkę prędko znaleziono, to wówczas po zwierzęciu nie było ani śladu, zaś ona sama leżała już bez życia pod wierzbą rozpłataną przez błyskawicę.
Czy to ta bezcelowość, ten brak jednoznacznych sprawców, ten całkowity nonsens tak wielkiej tragedii był tym, co przyniosło hrabiom, Morylowi i Lavenie, tyle żalu? Każdy, kto zna tę legendę, zapewne się zgodzi. Dalej, jak mówi legenda, wobec braku znaczenia i żadnego sensu swojej straty para hrabiowska zdecydowała się nadać go jej na własną rękę. Przez ich okrucieństwa, przez bezcelowe szukanie winnych w wykonaniu hrabiego Moryla mieszkańcy tracili życia, dobytki i bliskich. Szerzyły się bandytyzm i ubóstwo, rozpadały się całe rodziny. W konsekwencji wszyscy mieszkańcy, ludzie, satyrzy i duncheinowie zarówno, masowo opuszczali hrabstwo. A to, jak współczesnej nauce dobrze znane, niosło za sobą niespętane strugi Eresu, tajemnicze choroby i obłęd wśród ludności, niebezpieczne anomalie i ataki przyciąganych nimi monstrów. Wieści o nich rozchodziły się prędko.
Nic więc dziwnego, że incydent, przypisywany rokowi 921 w rachubie Erdkoru, przykuł uwagę pewnego maga z wszechnicy w Wieńcu Burz, który wkrótce zawitał w tę okolicę razem z bandą śmiałków, którą zdołał zwerbować. Effren, bo tak się zwał, podobno wówczas jeszcze zwykły student, za swój główny akademicki punkt zainteresowań obrał sobie klątwy, przekleństwa i tajemnicze dary. Należy pamiętać, że w tamtym czasie, jeszcze długo przed Seorwinem Sennym Okiem, wiedza o działaniu Eresu była w powijakach, a zdarzenia z nim związane nadal interpretowano według ludowych przekazów i przesądów, wiążąc tragiczne zdarzenia z klątwami i czyimiś świadomymi intencjami.
Effren odkrył, że cały lokalny Eres, ta plątanina koszmarów, marzeń, myśli, strachów i bólu, jak przynajmniej ją znał, ogniskował się i skupiał w jednym tylko miejscu.
U stóp strzaskanej, na wpół spalonej wierzby w Lasku Tott.
Gdy przyszedł odpowiedni moment, Effren wykorzystał całą zbieraną dotąd wiedzę o urokach, odczynianiu ich, zamykaniu energii w przedmiotach. Wystrzegając się anomalii, atakowany przez istoty, wśród których nie rozróżniał monstrów od zjaw, rozpoczął swój rytuał. Długo chroniony przez ochotników, z których przeżyło tylko kilku, zebrał wszystkie strumienie energii i splótł je w jeden, stabilny węzeł, znajdujący się wewnątrz prostego amuletu z ametystem.
Uspokojona na jeden, krótki moment, który tak naprawdę był kilkoma wiekami, wielka, płonąca kukła ofiarna bólu, żalu i przerażenia drzemała w wisiorku, by któregoś dnia zostać wyzwolona gdzie indziej, według woli maga. By tylko wypaliła się i przepadła na zawsze.
Doświadczenie maga rzuciło całkiem nowe światło na dotąd tajemniczą i niezbadaną dziedzinę sztuk tajemnych. Effren wkrótce znalazł wielu naśladowców wśród magów najbardziej wprawnych w widzeniu strug Eresu. Zwykło się ich nazywać „Zaklinaczami”. W roku 922, w repozytorium reliktów Wszechnicy Wieńca Burz pokornie złożył swoje dzieło, nazwane “Kaleniah”. Historia jeszcze ujrzy jej ponowne wykorzystanie.
„…czasami nazywają nas sępami. Twierdzą, że gdziekolwiek dzieją się nieszczęścia, my już czaimy się w cieniach, tylko czekając na dogodny moment, by wchłonąć w siebie cały Eres ku zaspokojeniu własnych żądz. Czy nie jest to do końca pozbawione racji? (…) Ale ja patrzę na to inaczej. Tak, zbieram cudze cierpienie, ale zawsze będę z jego pomocą czynić tyle dobra, ile tylko mogę. Wiele razy zostałam nazwana sępem czy harpią. Ale dla tego jednego, konającego młodzieńca byłam aniołem.”
- z listu duncheińskiej magistry Giony Viserii do jednego z jej najbliższych współpracowników, napisanego w roku 1432. Literom towarzyszyły drobne, wilgotne plamki.
Na podstawie kilku przypadków intryg z udziałem mniej etycznych Zaklinaczy powstał szereg teorii spiskowych, często inspirujących sensacyjne fikcyjne powieści. Częstym motywem w nich byli Zaklinacze sekretnie prowokujący wojny czy inne katastrofy, by przez wchłanianie Eresu uzyskać nieśmiertelność czy inne moce przypisywane bóstwom.
Naturalnie, nie do końca tak to działało. Swobodne czerpanie tak wielkich ilości energii wymagałoby nieludzkiej biegłości i dyscypliny. Każda procedura zaklinania była ryzykowna i cechowała się wielką losowością. Eres wił się według własnej, kapryśnej woli i nie był istotą, która pokornie znosiła mieszanie się magów w swoje ścieżki.
Niech przykładem będzie Laja, mała wioska na wybrzeżu, w której, po jednej z napaści rybopodobnych humanoidów na Erdkor w trakcie ich nawały zwanej Szarym Przypływem, zaczęły rodzić się dzieci o rybich pyskach, zaś znajdowany narybek miał twarze ludzkich dzieci, najprawdopodobniej w wyniku nieprzemyślanego użycia przez obcego czarownika Eresu pozyskanego z własnych poległych rodaków.
Niech przykładem będzie Żarliwość, miecz należący do znanego drezheriańskiego biskupa Rovenela, który, w prezencie od Czarnego Arsenału, ugrupowania zbrojnych magów związanych z jego wiarą, został wzmocniony bólem i śmiercią prawie setki nevanickich oponentów przezeń powalonych. Broń jednak nie była łaskawa dla kogokolwiek, kto jej używał, wprawiając w szaleństwo każdego, kto korzystał z niej bez należytej ochrony. Stąd, między innymi, biskup poddał się też popularnemu wśród drezheriańskich elit procesowi liczomorfozy.
Ale nie wszystkie zaklęcia miały taką ponurą naturę.
Niech przykładem będzie walczący po przeciwnej stronie mag Keonal, potrafiący tak dobrze splatać miłość i nadzieję rodzin, które jego towarzysze zostawiali za sobą, że istotnie wzmacniało to działanie magii używanej w infirmeriach. Gdzie był Keonal, wszyscy czuli ulgę, przyjmując na swoje barki skoncentrowaną wiarę i nadzieję całej swojej nacji. Po najgorszych ranach i traumach potrafili podnosić się z nową siłą. Czy długo pozostawali na nogach, i czy po ustaniu zaklęcia nie przemieniali się w drewniane figury, słupy soli czy kupki popiołu, pozostawało już kwestią dyscypliny maga, z której Keonal był znany.
Obszar zwany Heksmarką rozciąga się na prawie półtora tysiąca mil wzdłuż Gór Kruczych, przecinając Erdkor na dwie połowice.
Północ i południe Erdkoru przez kilka wieków pozostawały skonfliktowane. Chociaż oba nie zawsze były zjednoczone i scentralizowane, to regularnie zawiązywały walczące ze sobą koalicje na tle religijnym. Będący głównym wyznaniem północy kult nevanitów i dominujący na południu kult drezherian były wrogami wręcz egzystencjalnymi.
Ich konflikt rozwijał się mniej więcej równolegle ze sztuką zaklinaczy. W miarę jej rozkwitu, równolegle impetu nabierały też konflikty. Mając do dyspozycji potęgę Eresu, która w momentach konfliktów zbrojnych zdawała się napędzać siebie samą, żadna ze stron nie mogła oprzeć się pokusie coraz intensywniejszego jej używania.
Z tego względu Heksmarka pozostawała skrajnie niebezpiecznym i niegościnnym miejscem, regularnie nawiedzanym przez magiczne anomalie. Jest też zbiorem ksiąstewek, państewek i poleis, które regularnie zmieniały swoich właścicieli lub płonęły w licznych insurekcjach i walkach o niepodległość. Tam też wznosiły się przeklęte Iglice Holun-Sinar. Lata konfliktów z intensywnym użyciem klątw, jak i wichury niespętanych strug Eresu tworzonych przez liczne tragedie czynią większość jego powierzchni niemożliwą do zamieszkania, czy nawet podróżowania. Wąż pożerał własny ogon.
Przykładem niech będzie istniejące niegdyś nevanickie miasto Tethretan w północnej części Heksmarki, do którego drezherianie zdołali zbliżyć się podczas jednej z najnowszych wojen. Wyczerpani, postawili na złamanie ducha erdkorskich narodów i lepszą pozycję negocjacyjną w zbliżających się rychło rozmowach pokojowych.
W tym celu użyli skondensowanego cierpienia mieszkańców własnego miasta, położonego o niemal tysiąc mil na południe Lavinkris. Głodem, morem i przez desperację, niemal wymarło pół wieku wcześniej, gdy Erdkorczycy i nevanici odcięli je od większości jego szlaków handlowych i zaopatrzeniowych.
Czarny Arsenał nieczęsto może dysponować tak wielkim rezerwuarem Eresu. Dlatego każda decyzja o wykorzystaniu go musiała być jednogłośna. Tak było i w tym wypadku. Za cierpienie Lavinkris, Tethretan też ma spłonąć.
Kontynent na setki lat pozostaje podzielony. Szereg trywialnych konfliktów zmienił się w kataklizm i całe miasta spotykała zagłada, tylko ze względu na jeden mały wypadek mający miejsce prawie pięćset lat wcześniej.
Pewne mądre dziecko spytało mnie któregoś razu, czy jeśli Eres bierze się z pasji, które w dużej mierze nadają życiom znaczenia, to skąd tyle znaczenia mogłoby wytworzyć się przez coś, co wszyscy mają za całkowity przypadek?
