Ze dwie mile na zachód od brzegów Stelechotany całą okolicę porastał rzadki gaj, zagęszczenie flory pośród lasostepu Międzymorza. Roślinność panowała odważniej blisko rzeki, ukrywając płaskie pagórki. Naszym celem był jeden z nich.
Na szczycie Zbitej Tarczy znajdowało się zakopane w ziemi rumowisko. Jak spękane skorupy jajek, w trawie leżały płyty betonu, trzymane razem przez rachityczne stalowe pręty, istniejące ostatkiem zoksydowanej woli. Dla ludów Stepu było to miejsce pamięci Starego Świata, a więc miejsce przeklęte, w którym nienarodzone dzieci są opętywane przez Stare Dusze niegodne powrotu na Ziemię. Bez wyraźnego powodu nikt tam się nie zapuszczał, a już na pewno nie Nowa Krew, wrażliwa na fenomeny Zmysłu. Oczywiście więc, że Małłajkavi i jego sponsorzy się tym zainteresowali. Dla wiernych wszelkie pozostałości starej jugi były świątynią, źródłem artefaktów i relikwii. Wiedza o przodkach stanowiła miły dodatek, choć niekoniecznie godny sakralizacji. Razem z monstratorem wykopalisk wyruszyła na południe banda studentów i uczniów, kilku erudytorów z asystentami, paru żądnych dokonań perytów oraz straż pilnująca naszej karawany – razem około 150 osób. Tak w tamtych dekadach wyglądały wyprawy archeologiczne, choć dzisiaj wydaje się to zabawne.
Okolicznym klanom powiedzieliśmy, że chcemy wyznaczyć granice miasta, które musiało się tutaj znajdować. Nie podobało się to chanowi Międzymorza, ale Car zapewnił nam żelazne glejty. Dla pewności obóz rozbiliśmy poza lasem i wyprawialiśmy się na wzgórze ukradkiem. Pierwsze dni, nawet tygodnie były boleśnie jałowe. Wyglądało to jakby rumowisko leżało pośrodku niczego, nic nie wskazywało na ruiny, sama gleba i korzenie, przechodzące w macierzystą glinę. Dopiero kopiąc od strony rzeki, zaczęliśmy znajdować cuda – dawne koryto musiało być dalej od rumowiska, niż Małłajkavi podejrzewał. Zredukowana do tłucznia warstwa betonu wskazywała na place, jego skupiska schody i rampy, nieopodal zaś płyty granitu, marmuru, płachty złoceń ujawniały rotundę wielkiego znaczenia. Pod koniec lata dokopaliśmy się do jakiejś piwnicy, gdzie zachowała się cenna kaseta. Sam materiał był warty fortunę – rodzaj plastiku, cudem nie do końca wypłowiały przez millenia, wciąż zachowujący kształt. W nocy monstrator obudził cały obóz krzykiem, gdy rozmontował artefakt i odnalazł w nim jakieś kolorowe płatki. Zaczął wszystko pakować do ochronnych pudeł, wrzeszcząc, by zbierać obóz. Taki właśnie był Małłajkavi. Znalazł najcenniejszą rzecz i nic więcej go nie obchodziło. W południe wszystko już leżało na wozach i ruszyliśmy do Stańreki, by popłynąć rzeką do samej Akademii. Odprowadzały nas haniebne straże od chana, których dowódcy wypytywali o wyniki badań. Najwyraźniej wyczuli, że coś kręcimy, bo już w Stańrece natknęliśmy się na wysłannika nojona chcącego sprawdzić nasze wozy i przepytać badaczy. Zanim jego petycja została rozpatrzona, byliśmy już na dobre w granicach Carstwa.
W następnym roku chan wysłał swojego Sinowłosego posła z oskarżeniem o kradzież i naruszenie przeklętego miejsca, a klany na koniach, zajeleniach i diatrymach zaczęły kusać granice. Nad zawartością plastikowej kasety pracowała wtedy siostra Cara, Krwistowłosa Hradyza, więc dyplomatę odesłano z kwitkiem, a nad step wysłano wojsko. Reszta jest historią – dla nich wojna religijna, dla nas zwykła napaść. Ostatnia bitwa dokonała się na Zbitej Tarczy, już ogołoconej z drzew, przerobionych na wały i palisady; osłony zbrojnych odpierających podjazdy strzelców w siodłach i szturmy spieszonych krwibraci. Oblężenie trwało miesiąc, obrońcy desperacko utrzymujący linię dostaw z rzeki i napastnicy chcący wyświęcić krwią przeklęte miejsce. Dniami świeciło Słońce, a nocami Zorze rozświetlały przedpole – z jakiegoś powodu Stare Dusze upodobały sobie tę bitwę.
Rok po interwencji Kagana i zawarciu pokoju już jako pełnoprawny erudytor przewodziłem wyprawie, która miała znaleźć groby i porzucone trupy, rozsądzić kogo zginęło więcej i jak oczyścić miejsce, które ostatecznie przypadło stepowcom. Wiedząc, że to ostatnia szansa, zacząłem kontynuować badania, które kiedyś przerwaliśmy – miejscowi nigdy już nie dopuszczą wyprawy z północy choćby na milę do wzgórza. Wyciągnąłem kopię jednej z ilustracji, którą miesiącami restaurowała Pani Hradyza i objąłem wzrokiem rumowisko na szczycie górki; był to trup tytanki.
Akwarela na podstawie cudownie odratowanego obrazka przedstawiała gigantyczną kobietę, wznoszącą kolosalny miecz, w pozie wzywającej do walki i tryumfu. “Za mną dzieci, ku wiktorii!” krzyczało spokojem oblicze, ostrze zaś skierowane było nie ku krwawemu bojowi, a niebiosom pełnym chwały. I rzeczywiście: skorupy, choć teraz naruszone budową fortu, rozrzucone były pierwotnie na przestrzeni 120 łokci, a podczas rozbiórki umocnień znaleźliśmy w glebie ślady rdzy i żelaza w pasie długim na ponad 50. Z każdym tygodniem ekshumacji i każdą modlitwą na odegnanie klątw i Starych Dusz traciłem szansę na poznanie tej dawnej świątyni. Gdzieś dookoła były ślady miasta, pasma resztek asfaltu w glebie, szczątki fundamentów wielkich kamienic, ja jednak skupiłem się na samym wzgórzu. I tak długo, jak tylko mogłem, chciałem dowiedzieć się możliwie najwięcej o miejscu gdzie przelewaliśmy krew na truchłach gigantów.
Skopiowano z FB według dyspozycji autora.
