Blask. Pierwotny Kolor. Błogosławieństwo Padyszachów. Najsilniejsza i najbardziej nieprzewidywalna z sił kreacji. Świątynia uczy nas, że w każdym urodzonym pod obliczem Księżycowego Ojca, znajduje się boska cząstka Jego i Jego synów. Dwanaście fragmentów dwunastu fragmentów jednej całości. Dlatego właśnie jesteśmy tak różni, mimo bycia jednym Ludem. Świątynia uczy nas, że powinniśmy stać się na podobieństwo Padyszachów. Świątynia uczy nas, że Księżycowy Ojciec widzi wszystko swoim okiem na niebie, że jest dobry i potężny. Świątynia uczy nas, że musimy być posłuszni, aby nie wzbudzić Jego gniewu.
Nigdy nie widziałam Świątyni. Nie wiem czemu mnie tutaj zabrali. W pokoju powiedzieli mi, że pewnie musiałam się świecić. Wszyscy tutaj świecili się przynajmniej raz. Nie pamiętam tego. Wiem tylko to co mówi niemiły pan z brzydką szramą na policzku. Podobno pochodzi z tego miejsca. Ciekawe czy ma imię. Nam zabronili używać imion i dali numery. Mi dali numer 163. Czasami zapatruję się w jego szramę i myślę w jaki sposób mógł ją dostać. Kulig? Huśtawka? Może inne z testów, te o których nie chcą nawet mówić, a tylko uśmiechają się tajemniczo i wrzucają drżące ciało za zamknięte drzwi. Jestem tu dopiero kilka tygodni i nie wzięli mnie jeszcze. Zawsze uciekam wzrokiem w podłogę i staram się nie myśleć, tak jak mnie nauczyli w pokoju. Nie można okazywać emocji, bo wtedy zaczynasz świecić i zabierają cię na testy. Potem podmieniają cię na kogoś, kto mówi i zachowuje się tak jak ty, ale nie jest tobą, a wreszcie za którymś razem zabierają ich z pokojów. Najpierw myślałam, że ich wypuszczają, ale raz na lekcji nie znałam odpowiedzi i wzięli mnie do karmienia pełzaków. W stercie resztek znalazłam drewniany wisiorek. Taki jakie wszyscy mają, bo już pierwszego dnia zabrali nam nasze rzeczy i dali nowe. Ten był jednak zarysowany. Byłam przy tym jedna z tych, które zabrali zrobiła tę rysę paznokciem. Wtedy zrozumiałam, że nie chcę iść na testy.
Jedna z mojego pokoju, numer 17, czyli trochę tu już była, powiedziała nam dzisiaj w sekrecie, że ukradła klucz do nor pełzaków. Kiedy ostatnio była je karmić pomyliła drzwi i otworzyła nim boczne wejście gdzie nikogo nie było, tylko las. Mówi, że po drugiej stronie lasu jest rzeka i wioska i świątynia. Jest starsza ode mnie i mówi, że to czego nas uczą to nie jest prawdziwa świątynia. Mówi, że powinniśmy spróbować. Ale co jeśli nas złapią? Co jeśli za lasem jest mur? Czy wezmą nas na te testy, o których się nie mówi? Powiedziała, że wcześniej ktoś już uciekł i zostawił potem tajną wiadomość, że żyje z nową rodziną. Nie wierzę jej, ale wszystko jest lepsze niż kolejny dzień spędzony tutaj. Poszliśmy w czwórkę. Klucz naprawdę zadziałał. Drzwi były stare i narobiliśmy hałasu, ale udało się.
To nie tak miało być. Krzyki i kroki z tyłu. Gonią nas. Ktoś krzyczy, żeby się rozdzielić, że wszystkich nas nie złapią. Biegnę przed siebie, w krzaki i kamienie, przedzierając się przez gałęzie. Zaczyna padać. Lecące z nieba krople są jak kamienie, a grzmoty zagłuszają biegnące za mną kroki, ale nie oglądam się za siebie. Gubię po drodze buty, a moje stopy zaczynają krwawić, ale nie przestaję biec. Byle przed siebie. Upadam. Rozcięta o kamień skroń zaczyna barwić błoto czerwonym kolorem. Czy nadal mnie gonią? Deszcz wszystko zagłusza.
Nie wiem ile tak leżałam. Ból dominuje moje zmysły. Dlaczego to wszystko mi się dzieje? Miałam wtedy jechać z rodzicami na targ, ale chciałam zostać z przyjaciółką i obrażona nakrzyczałam na nich, żeby jechali beze mnie. Potem ktoś powiedział mi, że nie żyją. Pamiętam przez mgłę jak schowali ich do ziemi i zabrali mnie tutaj. To moja wina. Moje myśli przerwało oślepiające szmaragdowe światło. Nawet nie wiem kiedy chmury rozstąpiły się, żeby pokazać księżyc w pełni. Przypomniało mi się czego nas uczyli. Księżycowy Ojciec na to wszystko pozwolił? Wstałam, choć ból nadal mnie przeszywał i popatrzyłam z wściekłością w niebo.
– ZABIJ MNIE TERAZ JEŚLI MNIE NIE CHCESZ! – mój krzyk przeraził nawet mnie samą – Wyrzekam się ciebie, słyszysz?! Zabij mnie teraz, inaczej ja zabiję ciebie! Oślepię twoje oko! Zabiłeś moich rodziców, a ja zabiję twoje dzieci!
Nie interesowało mnie już czy ktoś to usłyszy. Śmierć byłaby wybawieniem. Zasłużyłam na nią. Zabiłam swoich rodziców i teraz umrę, nieznana światu. Miałam tylko nadzieję, że umrę szybko, rażona boską karą, a nie z rąk moich prześladowców. Niebo nagle straciło swój Blask, odmawiając mi nawet światła. Poczułam po chwili jak pustka wewnątrz mnie wypełnia się światłem, jak coś rozrywa mnie od środka, szukając uwolnienia. Potężny rozbłysk brudnego światła zmienił pobliskie drzewa w nieforemne grudy kryształu. Ze zdziwienia upadłam na kolana. Usłyszałam krzyki i zobaczyłam dwóch mężczyzn na pełzakach. Jeden z nich miał brzydką szramę na policzku. Dopadli mnie i zabrali ze sobą. Widziałam jak Siedemnastka wisi głową do dołu, oblewana lodowatą wodą. Słyszałam krzyki pozostałych. Wpakowali mnie do ciasnego pudła i zaczęli mnie bić. Paskudny dźwięk rozdzierał moją głowę, a krew spływała wraz z łzami. Ból był nie do zniesienia, nie pozwalał mi nawet zemdleć. Po wieczności cierpienia w mroku usłyszałam nagły huk, a światło znów dotarło do moich oczu. Ostatnie co zobaczyłam przed utratą przytomności to kobiecą sylwetkę spowitą rubinowym Blaskiem.
***
Stuk. Stuk. Stuk. Głuche odgłosy rozlegały się w przyciemnionym pomieszczeniu, oświetlanym głównie wpadającym przez okna światłem pełni. Przy stole zasiadało czterech mężczyzn, pochylając się w skupieniu. Stuk. Stuk. Odgłos ustał na chwilę, a upiorny uśmiech wypełzł na twarz jednego z mężczyzn.
– Nfufufu, mam cię. Blask! Trzy prymaty, pełnia. Krajka! – zadeklarował z satysfakcją w głosie, gwałtownym ruchem odsłaniając trzynaście skrywanych przez siebie płytek i sięgając po czternastą, położoną przed chwilą na stole.
– Ggh, Artorius? Jakim cudem masz trzy prymaty?! – zapytał z niedowierzaniem przegrany. Pozostali gracze także wydali z siebie zrezygnowane westchnienia i wzięli się za przeliczanie wyniku. Wszyscy jednak pospiesznie uciekli z pomieszczenia, gdy zauważyli potężną, przygarbioną sylwetkę, zachodzącą Artoriusa od tyłu. Zwycięzca prychnął jedynie z rozbawieniem, wskazując na krzesło przy stole.
– Przynajmniej poczekałeś aż skończymy. Siadaj. – W blasku świec pokazał się Ninvamel. Dwumetrowy, człekopodobny stwór, z głową przypominającą nieco krzyżówkę kreta i borsuka. Jego długie, szponiaste łapy, odsunęły krzesło, a odrzucony płaszcz ukazał w pełnej krasie wielkie, rubinowe pasy zdobiące srebrne futro. Sterczące przy nosie wibrysy zadrgały, a czarne, małe jak guziki ślepia osobnika spoczęły na kafelkach, porządkowanych przez Artoriusa na stole.
– Co to za gra? – zapytał dziwnym, ewidentnie nieprzywykłym do ludzkiej mowy głosem.
– Blask? Kiedyś mogę nauczyć cię zasad, ale bez regularnej gry się nie obędzie, a potrzeba czterech. Tutaj, w Cesarstwie, może być ciężko znaleźć dla ciebie współgraczy. Nawet tutaj, na obrzeżach, gdzie Świątynia nie ma wielkiego wpływu.
– Blask? Moc Dzieci Księżyca? – w zachrypłym głosie dało słyszeć się jakiś dziwne, ledwo wyczuwalne zawahanie.
– Tak, tak, ta rzekomo boska moc Padyszachów, wiesz co o tym sądzę. Gra nazywa się tak samo. Tutaj też jest cały ten symbolizm. Wiesz, że kiedyś kapłani używali tego do przewidywania przyszłości? – wskazał na pokryte różnymi symbolami kafelki – Wszystko tutaj jest, trzy serie: Słońce, Księżyc i Ziemia, w każdej dwanaście faz natury w czterech kopiach. Symbolizuje to dwunastu Padyszachów ustawionych w kolejności zstępowania na Ziemię przez cztery dni każdy. Do tego cztery razy cztery kwarty księżyca. Ha, gdyby Blask był taki potężny, Padyszachowie i Świątynia już dawno ukróciliby tę defamację świętego narzędzia i świątynnej symboliki. Przecież większość graczy blasku to nędzni hazardziści, gangsterzy i inne wzory moralności.
– Blask jest potężny. – stwierdził zasłuchany, po czym wydał z siebie kilka dziwnych kliknięć – Dominuje. Wyznacza prawo.
– Daj spokój. Dominuje? Ten zaścianek świata chroniony górami i morzem? Może kiedyś, tak, ale od czasu Wojny Opalu… Nikt nawet nie wie co się stało ze Szmaragdowym Padyszachem. Cały ród, cały region po prostu zniknął. Postawili wielki mur z bursztynu żeby chronić się przed tym cholernym kryształowym lasem na zachodzie. Co to za boska, dominująca moc, która przegrywa z czymś takim? To po prostu magia, tak jak moja Sztuka Tkacka i zdolności twojej rasy, a magia ma swoje granice. Byłem w Księżycowym Pałacu, czytałem stare traktaty, widziałem Dwunastobarwny Tron! Wszystko to dało się pojąć! Zresztą, myślisz że czemu Świątynia tak chętnie przyjmuje Tkaczy w swoje szeregi? Sam byłem zapraszany, rzekomo dlatego, że wybrali mnie sami Padyszachowie. Mam pewien potencjał do używania Blasku, jak każdy urodzony w Cesarstwie mężczyzna, ale ta moc jest niestabilna, emocjonalna, wyżera rozum. Bez odpowiedniej ochrony łatwo się w nim zatracić. Większość mieszkańców Cesarstwa i tak nigdy nie widziała więcej niż parę kuglarskich sztuczek podczas świątynnych obrzędów. Dotknięci Blaskiem nie wychylają nosa ze swoich świątyń i pałaców, samemu mieniąc się nietykalnymi bogami, a ludzie dają wiarę w ich nadprzyrodzone moce. Myślą, że dopiero po śmierci dane im będzie… – Mężczyzna przerwał, z niepokojem spoglądając za okno. Niebo nagle straciło swój Blask.
– Wiem, Artorius. – słowa wybrzmiały z ust Ninvamela wyraźniej niż zwykle. W przytłumionym świetle zwierzęce rysy wydały się falować i ukazywać niemal ludzkie oblicze. Zaskakująco delikatną, kobiecą twarz i wypisany na niej wielki smutek. Dotychczas wielka sylwetka skurczyła się w sobie, a rubinowe pasy zaświeciły nagle, rozświetlając pomieszczenie ostrym Blaskiem, który wydawał się niemal fizycznie ścierać z resztą świata. – Byłam tam, zanim jeszcze Cesarstwo po cichu upadło. Ja i reszta mi podobnych. Chcesz wiedzieć jak to naprawdę było? Blask dominował. Padyszachowie stąpali wśród swojego ludu, a wybrani wierni, urodzeni pod światłem pełni, trafiali do ich rodów jako część Świątyni. Mieli wtedy moc czystego Blasku. Koloru i Owocu. Księżyca i Ziemi. Mężczyźni i kobiety. Przemierzali ziemię, a gdzie stąpali zaprowadzali pokój i urodzaj. Nie zastanawiało cię to nigdy, że jakieś kobiety muszą przecież rodzić się podczas pełni, a do świątyni trafiają tylko mężczyźni? Wszystko zmieniło się przez nią i przez to straszne miejsce, którego nie mogłam odnaleźć na czas. Kult Dwubóstwa Koloru stał się kultem samego tylko Księżycowego Ojca. Szmaragdowy Padyszach zniknął, a na niebie pojawiła się mroczna gwiazda, pożerająca światło Księżyca i niszcząca korzenie Ziemi. Opalowy Padyszach. Wielki nieprzyjaciel. Młoda, skrzywdzona dziewczynka, którą nauczyłam korzystać z Blasku.