Makary Schmiegel – Makariam – Runda I

Trzask. Odgłos uderzenia przerwał wszechobecną ciszę. W ciemności widać było tylko wzniesioną dłoń i błysk metalu. Trzask. Gęsta krew rozlała się na podłogę. Trzask. Błysk metalu został przykryty czerwienią. Trzask. Kolejne uderzenie. Trzask. Nieustannie. W to samo miejsce. Trzask. Krew pokryła już całe pomieszczenie. Trzask. Dźwięk nie ustał nawet gdy miękkie ciało ustąpiło twardej kości i gdy twarda kość ustąpiła miejsca miękkim wnętrznościom. Trzask. Trzask. Trzask. Upiorną kakofonię zaburzył dopiero dźwięk uderzenia metalu o drewno. Chmury odsłoniły księżyc i skąpały pokój w srebrzystym Blasku. Na moment znów zapadła cisza. Przerwał ją płacz i zawodzenie psów.

***

„Ja, Artorius Irril Genheim, boję się o własne życie. Jeśli ktoś zobaczy tę wiadomość, niech wie, że moja dusza wyruszyła na dwór Księżycowego Ojca. Przekażcie ten list Świątyni i armii. Ta wioska jest przeklęta. Na tym pustkowiu, za górami Ninvamel, gnieździ się kult heretyków i morderców. Do tej wiadomości załączam mapę i moje notatki. Obawiam się, że będę kolejnym który zniknie bez śladu. Wiedzą, że ich obserwuję. Czuję na sobie ich spojrzenia. Nie dajcie się zwieść uśmiechom. Ich oczy powiedzą wam prawdę.”

Tyle powinno wystarczyć. Sztuka Tkacka wiążąca ptaka powinna wytrzymać przynajmniej do przekroczenia gór. Kompas zagnieżdżony w ptasiej świadomości wskaże właściwą drogę. Cholera. Moje ręce drżą. Będę musiał zacząć od początku. Powoli i spokojnie. Mam czas przynajmniej do… nocy? Czemu jest tak ciemno? Ile razy próbowałem wysłać tę wiadomość? Weź się w garść do cholery. To już trzeci ptak. Ostatni? Nie miałem ich czterech? Nie mogę ufać swojej własnej pamięci. To przeklęte miejsce… Gdybym tylko nigdy się tutaj nie pojawił… Czy to naprawdę tylko 30 dni spędzone tutaj, wśród kanionów? Chciałem tylko schronić się przed wichurami smagającymi nocą to skaliste pustkowie i bezlitosnym słońcem palącym je za dnia. Tutaj, gdzie roślinność jest nawet rzadsza niż zwierzyna, znaleźć drewniane budowle na kamiennych fundamentach… Moja ciekawość wzięła górę. Może mógłbym jeszcze uciec, nie przywiązywać się, gdyby nie mówili zrozumiałym dla mnie przestarzałym dialektem języka kolorów. Jakże wdzięczny byłem za usłyszenie choć namiastki rodzimej mowy na tym pustkowiu.

Cała wioska, ledwie ponad dwieście osób, zgromadziła się, żeby mnie powitać. Mówili o czystej krwi. Nic dziwnego. Widać było wśród nich w szczątkowym stopniu kolorowe włosy i oczy, czasami lekko zabarwioną skórę. Ślady błogosławieństwa Padyszachów, jednak dziwnie słabe i rozmyte. Myślałem, że przebłyski wymieszanych barw to tylko moja wyobraźnia. Tutaj, daleko od świętych ziem, błogosławieństwa Księżyca musiały słabnąć. Wmawiałem sobie, że nawet prawdziwe kolory wyblakły od bliskości Słońca. Już wtedy, podczas ceremonii powitalnej w świątyni, mogłem dostrzec, że coś jest nie tak. Świątynia była stara. Zbyt stara, by mogli ją zbudować. Nawet jeśli, jak podejrzewałem, byli potomkami jakiejś dawno zapomnianej ekspedycji wysłanej przez Cesarstwo. Gmach z czarnego kamienia wbudowano wprost w ścianę największego kanionu. Zdobiło go dwanaście szlachetnych kolorów położonych pod stopami zakapturzonej figury. Ludzka postać Księżycowego Ojca, historyczne odkrycie… Jakże naiwny byłem wtedy w swoim myśleniu. Kiedy powiedzieli, że czczą Syna Wszechkoloru, uznałem to tylko za błąd w tłumaczeniu.

Zacząłem żyć wśród nich, uczyć ich dzieci, myślałem że znalazłem adeptkę Sztuki. Artoria… Pamiętam jak śmiała się, że mamy to samo imię. Czy to od początku było kłamstwo? Dni z nią były jak najczystsza miedź i rubiny bez skazy. Ostrzegała mnie, żebym nie wychodził na zewnątrz gdy księżyc jest w pełni. Już wtedy jej oczy były jakieś dziwne. Podczas pierwszej pełni zatrzymała mnie w domu. Następnym razem wymknąłem się gdy spała. Czy gdybym tego nie zrobił, mógłbym dalej trwać w szczęściu?

Tamta noc… Nigdy jeszcze nie widziałem takiego księżyca. To nie był znany mi Blask. Według kalendarza kolorów świat powinien być wtedy pokryty najczystszą miedzią. Tamta miedź była brudna. Zabarwiona na sposoby, których nie znałem i nie potrafię odtworzyć. Ciężka i gęsta jak melasa, przetaczała się przez kaniony jakby wiedziona własną wolą. Gorzej, jakby celowo prowadzona przez skalne formacje. Powoli. Nieustannie. W powietrzu unosił się zapach krwi. Widziałem sylwetki zgromadzone wokół świątyni. Słyszałem ich śmiech. Czułem obecność w tej masie brudnego Blasku. Obserwowała mnie.

Artorii nie było w domu gdy wróciłem tam w panice. Nie pamiętam nawet kiedy zmogło mnie zmęczenie. Rano powitała mnie uśmiechem, ale to były tylko pozory. Wiedziała. Właśnie wtedy zacząłem się jej bać. Musiałem się przygotować. Tej nocy zabrali moją broń, a Sztuka Tkacka zaczęła mnie zawodzić. Od tamtego dnia ktoś zaczął za mną chodzić, obserwować mnie. Nawet teraz stoi za mną, śmieje się z moich prób. Dzisiaj kolejna pełnia. Artorii nie ma w domu. Przygotowuje się, żeby mnie dorwać. Płakała i błagała, żebym z nią został, ale ja widziałem jej oczy. Wiem, że będę następny. Przyjdą po mnie. Cała wioska zbierze się u mych drzwi, a ona będzie na czele. Wczoraj, naprawiając dach, zdołałem ukryć młotek. Niech Słońce doda mi sił. Będzie musiał wystarczyć.

1 polubienie