Chciałbym opowiedzieć wam o pewnych stworzeniach w Reprogresji.
Odwieczni, Przedwieczni, Wielcy Starzy - jak zwał, tak zwał - należą do najstarszych organizmów w tym świecie. Te ogromne, organiczne zlepki biomasy, spotykane są w najodleglejszych szczelinach, jaskiniach i jeziorach. Stworzenia te, niczym rośliny, są nierozerwalnie związane ze swym otoczeniem. Nie poruszają się, często nie są nawet zdolne postrzegać świata wokół siebie. A jednak ich serce - lub serca - biją, co zdradza rytmiczne pulsowanie całego ich cielska.
Pomimo swego rozmiaru i pozornej bezbronności, jakimś cudem trwają. Świat wokół nich się zmienia, a Odwieczni wciąż żyją.
Reprogresyjni memetycy często spierają się nad naturą idei.
„Która idea jest najsilniejsza?” - pytają - „Które idee w entropicznym eterze natury są samowystarczalne?”.
Najczęściej powtarzana odpowiedź brzmi: chęć przetrwania.
Wydaje się to logiczne. Stworzenia, którym zależy na przetrwaniu, żyją dłużej od innych. Tym samym żyje dalej nie tylko organizm, ale także sama idea przetrwania - przekazywana dalej, z pokolenia na pokolenie.
W ostatnich latach pojawiła się jednak nowa teoria. Coraz częściej mówi się, że równie silną, jeśli nie silniejszą, ideą jest asymilacja.
Odwieczni, te „stare bożki” albo „lądowe nowotwory”, zdają się być jej ucieleśnieniem. Pulsują w odmętach świata, nasiąkają jego ideami i uczą się.
* * *
Chciałbym wam opowiedzieć o pewnym rodzie szlacheckim.
Jan Rumak - przez historyków później nazwany „tchórzem” - długo rozważał kwestię przetrwania, gdy nadeszły wieści o imperialnych napadach i rajdach zaledwie kilka rzutów kamienia na zachód.
Jako burgrabia Górzycy odpowiadał za miasto i jego mieszkańców. Było to miasto bogate, lokalne centrum kultury i handlu. Wiedział jednak, że pomimo wszystkich swoich zasobów i sojuszy nie będzie ono w stanie oprzeć się imperialnej armii.
Dlatego podjął decyzję.
Zebrał mieszkańców i wyruszył na wschód w poszukiwaniu schronienia w Górach Błękitnych.
* * *
Chciałbym wam opowiedzieć o pewnym klasztorze.
Był to potężnie ufortyfikowany kościół obronny, położony u podnóża Gór Niebieskich. Otoczony grubymi murami, stanowił idealne miejsce, by dopilnować, że nikt nie dostanie się do środka - albo że nic nie wydostanie się na zewnątrz.
Został bowiem zbudowany wokół jednego z Odwiecznych.
Mury powstały wkrótce po odkryciu tego stworzenia. Początkowo celem była jedynie obserwacja. Przedwieczni są tak rzadko spotykani, że większość ludzi uważa ich za legendę, odkrycie prawdziwego okazu było więc wydarzeniem niemal rewolucyjnym.
Jeszcze większym wstrząsem okazało się późniejsze odkrycie: pulsująca masa była zdolna myśleć, a nawet komunikować się z badaczami.
Nie trzeba było długo czekać, aż odizolowana placówka badawcza zaczęła przekształcać się w miejsce kultu. Badacze zaś stali się „Dotkniętymi” - tymi, przez których przemawiała mądrość Odwiecznego.
* * *
Lata później do odizolowanego klasztoru przybyło kilka tysięcy ludzi szukających schronienia.
Klasztor udzielił im pomocy. Taka była bowiem wola ich bóstwa.
Podróż nie była łatwa. Dochodziło do sporów, część ludzi odłączyła się od pochodu, inni zostali w swoim dawnym mieście. Pomimo tego wszystkiego jedna idea zdawała się łączyć wszystkich - chęć przetrwania.
Po osiedleniu się pod klasztorem ich przywódca, Jan Rumak, zmarł. Władzę przejął jego syn, Radomir. Mimo trudności społeczność zachowała poczucie wzajemnego wsparcia i bezpieczeństwa.
Życie nie było łatwe.
Klasztor posiadał znaczne zapasy żywności, lecz nawet one nie wystarczały, by wyżywić wszystkich. Młody szlachcic był inteligentny, ale wiedział, że brakuje mu doświadczenia, by samodzielnie wyprowadzić ludzi z tej sytuacji.
Dlatego postanowił sięgnąć po rady swojej społeczności. Nową tradycją stały się regularne wiece, podczas których każdy mógł wyrazić swoją opinię i zaproponować kolejne kroki dla całej wspólnoty. Na tych zgromadzeniach przemawiać mogli wszyscy - nawet przybysze spoza społeczności.
W ten sposób klasztor zaczął aktywnie wspierać rozwijające się miasto. Dotknięci brali udział w lokalnej polityce, przekazując wolę Odwiecznego. Początkowo mieszczanie patrzyli na mnichów z nieufnością. Z czasem jednak, dzięki ich pomocy i dostępowi do klasztornych zasobów, między obiema grupami zaczęła się formować pewnego typu przyjaźń.
Niektórzy mieszczanie, poruszeni bezinteresownością zakonników, dołączyli do Dotkniętych i przekonali się na własne oczy, że ich bożek jest prawdziwym, fizycznym stworzeniem - nie abstrakcyjnym, bezcielesnym bogiem.
Tak rozwijała się symbiotyczna relacja między klasztorem a mieszczanami.
* * *
Radomir wiedział, że w tym świecie kto żyje sam, ten umiera sam.
Dlatego zaczął wysyłać posłańców do okolicznych miast, szukając sojuszy, wsparcia lub choćby handlu.
Na jego wiece zaczęli przybywać ludzie najróżniejszego rodzaju: uczeni badający mieszanie dusz zwierzęcych, odkrywcy planujący wyprawy na północną tundrę w poszukiwaniu dusz zamkniętych w lodzie, czy kupcy z Miasta Zmian próbujący sprzedać dusze zamknięte w krystalicznych pojemnikach.
Wśród wielu nieprzydatnych ofert pojawiła się jednak jedna obiecująca - Pobliskie miasto handlowe zaproponowało sojusz: wsparcie militarne i ekonomiczne w zamian za pełną swobodę handlu dla swoich kupców. Wschodni kupcy mieli reputację ludzi, którzy potrafili ci sprzedać nawet twoje własne wspomnienia.
Decyzja nie była łatwa.
Ale kto żyje sam, ten umiera sam.
Radomir się zgodził.
* * *
Następne lata okazały się dla wygnańców owocne.
Mieszkańcy znaleźli zajęcia w górnictwie, rolnictwie i rybołówstwie. Dzięki wsparciu kupców i mnichów wspólnota mogła budować domy, tartaki i tawerny.
Publiczne wiece Radomira okazały się sukcesem. Lokalna polityka rozwijała się zdrowo, a młody szlachcic mógł wysłuchać potrzeb zarówno mnichów, kupców, jak i własnych ludzi.
Ludzie byli szczęśliwi.
Wszystko zaczęło się psuć dopiero wtedy, gdy kupcy przywieźli do miasta esencje ze wschodu.
Były to - jak twierdzili - „prawdziwe emocje zawieszone w krystalicznym pyłku”. Spożycie takiego proszku wywoływało w człowieku określone uczucie. Esencja smutku czyniła człowieka smutnym. Esencja szczęścia - szczęśliwym.
Zgodnie z umową kupcy mogli sprzedawać, co tylko chcieli, więc Radomir początkowo nie widział w tym problemu.
Mnisi widzieli.
Rosnące wpływy kupców nie podobały się Odwiecznemu. Esencje uznano za sztuczne i nienaturalne. Pod naciskiem klasztoru Radomir wprowadził ograniczenia w ich sprzedaży, naruszając swą umowę z kupcami.
Kupcy byli niezadowoleni; mieszczanie - zdezorientowani.
Pomimo napięć miasto handlowe postanowiło jednak dotrzymać swojej części umowy.
W tym chaosie Radomir często wspominał swojego ojca i zastanawiał się, czy podjął właściwą decyzję.
* * *
Kilka lat później znów myślał o ojcu i przetrwaniu.
Z zachodu nadeszły wieści o nowych najazdach.
Ucieczka nie wchodziła w grę. W przeciwieństwie do swojego ojca Radomir był przygotowany.
Nowa Górzyca od lat się zbroiła. Nowa Górzyca miała sojuszników.
Zapadła decyzja - Miasto nie ucieknie. Miasto będzie walczyć.
Ogłoszono stan gotowości i wysłano dyplomatów do miasta handlowego po obiecaną pomoc.
Gdy imperialna armia dotarła pod miasto, mieszkańcy schronili się w klasztorze i czekali na przybycie sprzymierzeńców.
Minął jeden dzień. Potem drugi. Potem trzeci.
Wsparcie nie nadchodziło.
Pewność siebie mieszkańców zaczęła się kruszyć. Klasztor był potężną fortecą, lecz nawet najpotężniejsze mury nie wytrzymają oblężenia bez końca. Bez dostępu do świata zapasy w końcu się skończą.
W umysłach ludzi pewność zaczęła powoli więdnąć. Jej miejsce zajmowała inna bestia.
Lęk.
Ci ludzie chcieli przetrwać. A kamienne mury oddzielające ich od wroga przestawały wydawać się tak grube.
Nie widząc innego wyjścia, Radomir zwrócił się do kupców o radę. Zaoferowali mu niesprzedane zapasy esencji.
Radomir wybrał odwagę i poczucie bezpieczeństwa. Jedno rozdał żołnierzom, drugie bezbronnym mieszkańcom.
Esencje nadały obrońcom nowy ferwor.
I to wystarczyło.
Imperialne wojska zostały odparte.
Straty były duże. Społeczność przetrwała.
* * *
Radomir miał nadzieję, że zwycięstwo zjednoczy ludzi.
Stało się inaczej.
Esencje kupców zyskały ogromną popularność. Coraz więcej mieszkańców z nich korzystało. Społeczeństwo stawało się dziwnie ospałe. Ludzie pracowali, wypełniali swoje obowiązki, lecz zdawali się tracić swą ciekawość świata i kreatywność.
Kler nie przestawał protestować przeciwko esencjom.
Zwykli obywatele przestali przychodzić na wiece, które zamieniły się w pole walki między kupcami a duchowieństwem. Żadna ze stron nie słuchała Radomira.
Czując się bezsilny, młody władca wyruszył na wycieczkę.
Pierwszy raz opuścił jedno ze zgromadzeń.
Po kilku dniach natrafił na pozostałości obozowiska: broń, zniszczone namioty, wygasłe ogniska. Po znakach na tarczach rozpoznał, że należało ono do bandytów, którzy rok wcześniej napadli na Nową Górzycę.
Znalazł też pergamin. Było to podpisane przez gildie kupieckie zlecenie ataku na miasto.
Nowa wiedza go ożywiła. Jeśli nie zjednoczy mieszczan i duchowieństwa przeciwko kupcom, to kto wie co się stanie z Nową Górzycą.
* * *
Nikt nie przywitał go przy bramie.
Nikt nawet nie zauważył jego nieobecności.
Ospałe miasto było zbyt zajęte własnymi sprawami. Ludzie przywykli już do sztucznego komfortu i poczucia bezpieczeństwa.
Ale coś było nie tak. Miasto było spokojniejsze niż zwykle. Brak protestów; brak sporów.
Gdy Radomir dotarł na rynek, zobaczył dlaczego. Na stanowisku widniał nowy produkt, niewielki kryształ - w jego wnętrzu pulsowało coś ciemnego i ciężkiego.
-Esencja Odwiecznego - powiedział jeden z kupców - dar od mnichów.

