Link do ścianki w wersji audio (polecam, bo dużo postarania w to poszło)
Do końca XI wieku każdy mieszkaniec Księstwa Chotieli był przekonany, że zamieszkujące jego kraj ludy: alerowie, dołbowie i wiłowie, oraz niespotykane nigdzie indziej stworzenia jak gryfy i szlamiaki pojawiły się w regionie kilkaset lat temu w wyniku wydarzenia zwanego Przebudzeniem. Obecność tychże istot została wyjaśniona przez dogmaty chotielskiej religii, egemizmu. Wielu wierzyło, że Przebudzenie miało być kolejnym, nieco opóźnionym, etapem w boskim planie tworzenia świata lub próbą jego naprawy. Przekonani w ten sposób o swojej wyższości i potrzebie szerzenia wizji udoskonalonej ziemi, Chotielanie stanowili dla sąsiadów niepokojącą siłę.
Chotielska doktryna podbojów zachwiała się jednak, gdy przybywający z różnych stron świata kupcy i podróżnicy przynieśli do Europy zaskakujące pogłoski. Jedni mówili o leżących za morzem ruinach miasta, w których zachowała się mozaika z wizerunkami tańczących wiłek, inni opowiadali o starożytnych naskalnych malowidłach, niewątpliwie przedstawiających dołbów.
Dowodem, który mógł zburzyć ówczesny stan wiedzy, były znalezione w piaskach pustyni pradawne szczątki istot przypominających z wyglądu alerów. Dostarczyli je do Chotieli dwaj kupcy z Damaszku, którzy mieli uczestniczyć w oględzinach wraz z miejscowymi uczonymi i dostojnikami.
Wchodząc do sali, w której zebrali się zainteresowani, kupcy podnieśli dłonie w geście powitania. Ku ich zdziwieniu, zgromadzeni odpowiedzieli im przykładając dwa palce do brody i unosząc lekko głowę.
Kolejnym zaskoczeniem były dwie przelatujące przez pokój wrażki. Przywykli już do widoku bladych wiłów o czarnych oczach, olbrzymich alerów i dołbów o budowie gryzonia. Jednak mierzące ledwie stopę istoty przypominające hybrydę człowieka i owada były dla nich zupełną nowością.
– Pierwszy raz, co? – odezwał się po łacinie stojący obok dołb, nie kryjąc rozbawienia. – Faktycznie, rzadko widuje się wrażki w ludzkich osadach, a szkoda, świetnie nadają się do pomocy przy drobnych pracach.
– Nauczyliśmy się nieco waszego języka, panie żwawonosie, tak pewnie będzie… wygodniej – odpowiedział niepewnie po chotielsku starszy z Arabów.
– Ooo, widzę że zależy wam na klientach, ale muszę was zasmucić. – Rozejrzał się wokół i ściszył nieco głos. – “Żwawonos” to raczej obraźliwe określenie. Może i przeszłoby na miejskim targu, ale tutaj lepiej uważać, by nikogo nie urazić. – Otworzył szeroko pysk i zarechotał. – Mówcie mi Aefaz.
Kupcy spojrzeli po sobie i pobledli.
– Miejscowy humor jest dość specyficzny – szepnął z irytacją młodszy z kupców.
Wtem wszyscy obecni zebrali się wokół stojącego na środku stołu. Wysuszone, niemal skamieniałe szczątki zostały na nim złożone i odwinięte z zabezpieczającej tkaniny. Aefaz wdrapał się na stołek i spojrzał na blat. Kupcy ze zdumieniem zdali sobie sprawę, że najwyraźniej jest on jednym z uczonych.
– Zacznijmy od oczywistości – odezwał się, strzygąc uszami – mamy przed sobą ciało martwej istoty, mierzące około dziewięciu stóp. Tkanka wygląda na alerską, choć jest bardzo wysuszona, a jej faktura przypomina raczej kamień niż drewno.
– Nasi goście przekazali, że leżał w grobowcu zasypanym przez pustynię. Możliwe, że przez nawet dziesięć wieków – wtrąciła się wiła, która, przyjmując ludzkie standardy wzrostu i zważając na delikatne rysy, wyglądała dla kupców raczej na podlotka, niż osobę uprawnioną do zabrania głosu.
– Naprawdę nietypowy dobór uczonych, najpierw wielka mangusta, a teraz dziecko ?– Szepnął znów młody kupiec.
– Obecne są charakterystyczne cechy alerów: tkanka okrywająca w postaci włókien i łusek, dwudzielna pokrywa twarzoczaszki ze szparą oddechową… – kontynuował dołb.
– Zachowajmy ostrożność Aefazie – odezwał się tubalnie jeden z zebranych alerów – nie mamy oczywistych dowodów na to, że był to prawdziwy aler. Stan zwłok jest opłakany, sypią się w dłoniach – choć uczony starał się to ukrywać, jego głos drżał i był wyraźnie zaskoczony wynikiem oględzin.
– A może to jeden z twoich przodków, którego los poniósł do dalekich krain? – zagadnął radca Divar Nidec.
– Bez pomocy współczesnej alchemii żaden aler nie mógłby odejść tak daleko od miejsca Przebudzenia. To jest niezaprzeczalny dowód, że Przebudzeń było więcej – Aefaz mówił z oburzeniem bez większej uwagi na potencjalne konsekwencje.
Nidec spojrzał na niego pobłażliwie i oznajmił:
– Istnienie wielu Przebudzeń, jeśli jest prawdą, podważa wyjątkowość Chotieli jako bożej ręki kontynuującej dzieło stworzenia. Dlatego wiedza o nich nie może opuścić tej sali. W innym wypadku w oczach ludu stracilibyśmy prawo do dalszych podbojów.
– Nie! To zatajanie prawdy, prędzej czy później wszystko wyjdzie na jaw! – krzyczał dołb. – Nie możemy już tego ukrywać!
– Po raz kolejny i ostatni podważasz książęcą wolę Aefazie. Traktuję to jako zdradę.
Radca skinął ze złością do jednego z alerskich strażników, a ten chwycił drobnego Aefaza od tyłu i siłą wyprowadził z sali. Urzędnik odwrócił się z uśmiechem do kupców, którzy z przerażeniem próbowali zrozumieć co się właśnie wydarzyło:
– Przepraszam za zamieszanie, możemy przejść teraz do interesów.
