Dawno, dawno temu, w czasach, jakich nie sięga ludzka pamięć, bogowie stworzyli świat, i uwiązali słońce i miesiąc do jego osi, wielkiego drzewa. Słońce ciągną dwa psy stworzone z czystego ognia, zaś miesiąc służy im za przynętę - ciągnie go srebrny ren, ulepiony ze światła gwiazd. Ojciec Świata, zadowolony, pozostawił go w ten sposób i ruszył do innych zajęć.
Mijały wieki, królestwa i ludy, a słońce i miesiąc krążyły. Bogowie wojowali, zabijali potwory i ucztowali, a słońce i miesiąc niestrudzenie goniły po swoich osiach. Pewnego razu, gdy bogowie ucztowali, trochę ich miodu skapnęło z ich stołu i stworzyło złocistą sadzawkę. Pewien człowiek, imieniem Annes, znalazłszy tą sadzawkę, napił się z niej i ujrzał życie w istotach, które go otaczały. Zrozumiał świat, tak, jak nikt inny go nie rozumiał, i ujrzał także łańcuchy, pętające słońce i miesiąc. Annes stał się tym samym pierwszym szamanem. Krzyknął ze zdziwienia, a jego krzyk był tak głośny, że ren ciągnący miesiąc stanął dęba i łańcuch puścił. Psy zaczęły miotać się w amoku i ich łańcuch również pękł. Słońce zaczęło krążyć po nieboskłonie goniąc własny ognisty ogon i krążyło tak przez siedemdziesiąt dwie noce. Annes na darmo błagał bogów, by naprawili to, co przypadkiem zniszczył - ojciec bogów był już stary i nie miał siły łapać psotnych psów, a jego synowie byli zajęci własnymi sprzeczkami i walką o władzę.
W tym czasie żył na ziemi wielki wojownik, Hannem. Młodzi bogowie, nie chcąc zajmować się problemami świata, zwrócili się do Hannema nakazując mu, by spętał słońce i znalazł miesiąc. Hannem był silny i sprytny i podołał zadaniu. Podstępem i siłą związał z wielkim drzewem i reny i psy, i słońce i miesiąc wróciły na swoje miejsce. Bogowie byli zadowoleni, świat uratowany, a Hannem wrócił do wojowania na ziemi. Żył długo, został wielkim wodzem i miał wiele kobiet, które miały z nim wiele dzieci, a potem umarł i jego ziemie przypadły innym, żądnym władzy i chwały bohaterom. Jednak nie na darmo śmiertelnikom nie wolno imać się boskich spraw - Hannem mocując się z renem dotknął miesiąca, i mocując się z psami dotknął słońca. Wykonał boskie zadanie, i dlatego, nie wiedząc o tym, stał się bardziej bogiem, niż człowiekiem. Jego potomkowie byli silniejsi niż ludzie, lecz dzicy i okrutni jak zwierzęta, a ich skóra obracała się na nich tak, że przypominali wilki i dzikie koty. Nie mieli w sobie nic z bogów, lecz w ich żyłach pozostało trochę krwi świata - krwi gwiazd, od gwiezdnego rena i krwi ognia, od słonecznych psów. Byli niestrudzeni i niespokojni jak ogień słońca, a ich siła rosła i malała z czasem, jak światło miesiąca. Nie potrafili żyć wśród ludzi, wszczynali wojny i bójki, a na walce znali się jak nikt, więc każdy się ich bał. W końcu okoliczni kniaziowie stracili cierpliwość, i zaprosiwszy synów i córki Hannema na ucztę pod pretekstem zawarcia pokoju, upili ich i zamordowali. Z pokolenia półbogów nie przeżył nikt, jednak jeden z nich swym ostatnim oddechem przeklął kniaziów którzy złamali święte prawa gościnności. Oby ta krew nigdy nie spłynęła z tej ziemi! - krzyknął - Oby wasze dzieci zawsze nosiły jej piętno!
W słowach wypowiedzianych w gniewie zawsze drzemie siła, a te były dodatkowo przypieczętowane przelewem boskiej krwi. Kniaziowie przestraszyli się klątwy i zrównali halę z ziemią, a ciała spalono. Gród opuszczono, i wkrótce jego ślady zarosły doszczętnie. Popioły porwał wiatr. Nastał spokój.
Wkrótce nadeszły bogate czasy. O mordzie zapomniano, a lokalni panowie, potomkowie dawnych kniaziów rozbudowywali swe siedziby i zakładali nowe wsie. Wkrótce wysłano osadników i na miejsce małego lasku na wzgórzu, gdzie niegdyś stał gród. Ludzie zaorali niewielki zagajnik i posiali w ziemi opitej krwią dzieci Hannema zboże. Zboże dojrzało, ze zboża zrobiono mąkę, a z mąki chleb, którzy jedli ludzie. Jedno po drugim, dzieci na tych ziemiach, czy kniaziów czy chłopów, rodziły się ze zwierzęcymi oczami, dotknięte gwiazdami i ogniem, dotknięte słońcem i księżycem. Niektóre zabito, inne przeżyły, a na ziemi, nasiąkniętej krwią, która nigdy nie powinna się była tam znaleźć, ci, co nie są ani człowiekiem, ani bestią rodzą się po dziś dzień.
