Polowanie na zraza

Zbetujcie mi to na szybko, to przeniosę do galerii. I tak już mam obsuwę.




Polowanie na zraza

– Jak minęło wolne, Zajączek? – zawołał Romir w miejscu powitania. – Ruchane było?

Zajączek po tygodniu praktyk wciąż był pod wrażeniem, jak sprośny humor rządzi relacjami paladynów. Inaczej wyobrażał sobie godną instytucję spomiędzy wojska i kapłaństwa. Teraz trzeba było odpowiedzieć nadzorcy szkolenia tak, żeby mu się spodobało.

– Wspaniale minęło, panie sierżancie! Mnóstwo ruchane! – odpowiedział, wchodząc głębiej do garażu. – Co prawda nie u mnie, ale gdzieś na pewno.

– Popatrz, u mnie też nie! Pewnie Kapral zgarnął dla siebie wszystkich chętnych chłopaków. – Sierżant Romir zaczepił kaprala, na którego zwykle wołało się po prostu Kapral. Coś z nazwiskiem.

– Wybaczysz, szefie – odparł kapral Kapral. – Nie mogłem przepuścić takiej okazji, żeby wybrać się z kolegami na ryby. Swoją drogą, nie będziemy mieć problemów, jak się wyda, że nazywamy elfa Zajączkiem?

– A to Zajączek jest elfem?! – Romir brzmiał na autentycznie zdziwionego. – Ja go tak nazwałem, bo pierwszego dnia żarł tylko sałatę z marchewką!

– Tak się obraziłeś, bo nie chciał opierdzielać tej twojej białej kiełby, co wtedy przyniosłeś?

– No bo tak wzgardzić moją białą kiełbą?!

Sierżant Romir miał dosyć ciemną karnację, więc Zajączek postanowił nie widzieć w tym akurat obleśnego podtekstu.

– Żaden problem, panowie, ta forma jest w porządku, tak się przedstawiłem nawet – zapewnił Zajączek. – Zresztą przecież gdybym miał jakiś problem z rasowymi obelgami, to chyba nie rodziłbym się elfem, nie?

– Wspaniale! – skwitował Romir. – Bo już nie pamiętam, jak się nazywasz. Słuchaj teraz, młody, dzisiaj mamy poważną akcję, i to grubą. Ładuj się w pełny pancerz i bierz broń. W Osiołku wszystko ci powiem.

Osiołkami nazywano konkretny model pancernych terenówek – w tym tę, która stała tu na środku garażu. Był w tym jakiś przesadnie zawiły żart słowny z użyciem adnogarszczyzny.

Zajączek był podekscytowany na wieść o grubej, poważnej akcji. Szybko narzucił na siebie kamizelkę kuloodporną, uprząż elektroruniczną i zestaw ochraniaczy. Przypiął do pasa kaburę z pistoletem i pochwę z szablą, a w ręce wziął karabinek, po czym pośpiesznie władował się na tylną kanapę samochodu. Sierżant był już na miejscu obok, wiążąc na sobie swój wściekle fioletowy szal i marudząc do siedzącej przed nim kierowczyni:

– Przecież tu już nic nie widać z tej usyfionej fury. Mogłabyś przynajmniej same okna umyć.

– Ale to ty, szefie, ostatnio jeździłeś służbówką po zakupy – odparła zza sterów starsza kapralka Ria.

– Ej, racja – przyznał Romir. – No to młody z Kapralem umyją. Młody, słuchaj teraz! Okazało się, że w Tolazie, tym miasteczku paręnaście kilometrów stąd, jakiś durny goeta w prezencie na Równonoc przywołał sobie całkiem porządnego demona. Podręcznikowej nazwy nie pamiętam, ale mówimy na niego zrazik, to ten związany z zieloną esencją, z żywiołem ziemi. Wiesz, jeden z tych sukinsynów, co pojawia się od czasu do czasu na kontynencie, bo nigdy nie daje się do końca oczyścić, w piekle szybko zżera nową gromadę dusz, a potem dosyć łatwo go przywołać byle okultyście.

– Mówicie na niego zrazik? – upewnił się Zajączek.

– Tak. Bo w środku to taki kiszony ogór, ale owija się z zewnątrz gliną, złomem, czym popadnie, i jeszcze tapla się w szlamie.

– Kiszony ogór…?

– Zobaczysz! W każdym razie co jakiś czas trzeba klepać takiego bydlaka.

– Sierżant bardzo często musi klepać bydlaka – wtrącił się z przodu Kapral.

– Już ustaliliśmy, że twoja wina! – odparł Romir. – Co z ciebie za paladyn, jak jeszcze mi to wytkniesz, zamiast ulżyć bliźniemu w potrzebie?

Zajączek przewrócił oczami i zaczął przez okno obserwować mijane budynki i łąki. Okno faktycznie było dość usyfione. Romir wrócił do wyjaśniania sytuacji:

– Najpierw policja skontaktowała się z nami w sprawie serii zaginięć w miasteczku. Z pozoru bardzo różne osoby, bo od prezesa zakładu i pani radnej po zwykłą bandyterkę. Ale mały wywiad o warunkach w fabryce, o konotacjach, o życiu rodzinnym zaginionego gliniarza, i już wiesz, że poznikały takie szumowiny, że właściwie to przysługa dla społeczności. Jak jesteś odpowiednio złym skurwielem, coś w twojej głowie rezonuje z wezwaniem demona. Oferuje ci wejście do świata działającego na twoich zasadach, wynagradzającego okrucieństwo potęgą. Tylko frajer by nie skorzystał. No ale potem demon rzuca się też na niewinne osoby. Tego chcemy uniknąć.

Sierżant się rozgadał. Zajączek lubił go słuchać. To była cenna perspektywa w porównaniu z tym, co znał z dotychczasowych nauk w akademii. Więc słuchał dalej.

– Nasz śmigłowiec znalazł ślady dużych rytuałów goetycznych w ruinach pod miasteczkiem. Krótko potem pokazał się zraz, zabudowany cały warstwą żelbetu, z kilkoma działkami. Helikopter ledwo uciekł. Zaraz zarządziliśmy ewakuację miasteczka. Potem wysłaliśmy Kozła. Kozioł to nasz kolega piekłokrwisty, z którym dużo pracujemy, chociaż nie jest formalnie paladynem, bo nie chciał. Ma chłop rogi, kopytka, nawet bródkę nosi. Dobry koleś, a i genialnie się podkrada do diabłów. Więc wybadał nam tego demona i wrócił z danymi. Jak chcesz go wkurwić, to po takiej akcji pytasz go, jak się rozmawiało z kuzynem. Ale nie wkurwiaj go, mówię ci, poczciwy gość.

Głos z radia poinformował o ruchach demona i podał dokładne koordynaty pozycji strategicznych.

– Czyli obrał drogę przez wieś? Jeśli spróbuje atakować miasto od zachodu, powinno pójść gładko – Romir skomentował komunikat.

– A co, jeśli jeszcze zawróci? – rzuciła Ria.

– Wątpię, żeby zraz miał się cofać. To uparta bestia i nie bawi się w cwane taktyki. Zresztą nie damy mu czasu. Łącznie z tylu posterunków to będzie nas chyba cały batalion. Znaczy, niecała setka ludzi plus ciężki sprzęt, ale silni jesteśmy jak batalion.

Dojechali na pozycję u stóp niewielkiego wzgórza, gdzie powitały ich dwie podobne załogi. Sierżant porozmawiał chwilę z pozostałymi i wymienił parę wiadomości przez radio, po czym wręczył Zajączkowi lornetkę i wskazał krzewy na szczycie wzniesienia. Wszystko miało zacząć się już za chwilę. We czworo wbiegli na szczyt i wleźli w zarośla.

– Mięsisty zrazik nam się dziś trafił! – Romir już widział cel przez lunetę karabinu. – Cały w żelbecie! I to taka metrowa warstwa!

Dopiero po chwili Zajączek uświadomił sobie, że dziwna kupa gruzu, na którą patrzył od dłuższej chwili, się przemieszczała. Bryła ze zbrojonego betonu, mierząca przynajmniej po kilka metrów w każdym wymiarze, była demonem, którego mieli pokonać. Część z wystających z niej prętów i rur była lufami karabinów i działek. Zrazik pełzł powoli, ale nieubłaganie, ryjąc głęboki ślad przez pole.

Zajączek był w szoku. Dotychczas widział na żywo jedynie pomniejsze piekielne pomioty. W teorii wiedział wcześniej, że kilka razy w historii na ludzkich kontynentach pojawiały się naprawdę potężne demony. Jednak dopiero teraz miał okazję uzmysłowić sobie, co to w rzeczywistości znaczy. Spojrzał z przerażeniem na sierżanta. Ten jednak uśmiechał się szeroko.

– Zaczynamy – oznajmił Romir. – Leci bombowiec. Nasi snajperzy teraz wskazują podczerwonymi laserami punkty na przedzie i na dupsku zraza. Skurwiel dostanie dwoma ćwierćtonówkami precyzyjnie po nogach. Powinny zdmuchnąć z niego większość pancerza. Jeszcze chwila… Chwila… Trzy, dwa, jeden…

Eksplozje zlały się w jedną. Błysk, huk, podmuch, odłamki spadające niebezpiecznie blisko pozycji paladynów, wszystko razem podniosło serce Zajączka w okolice jego krtani. Kurz powoli się rozwiewał, odsłaniając wewnętrzną formę demona. Bestia wyglądała jak kolosalna stonoga. Ciemnozielony pancerz zamykał ją w obłym kształcie, spod którego ledwo wystawały liczne odnóża.

– Faktycznie taki ogóras – mruknął Zajączek, na chwilę odrywając lornetkę od twarzy.

Obejrzał się w prawo, skąd słyszał odległy hałas silników. Dwa lekkie czołgi śmiało jechały przez łąkę, wychodząc potworowi naprzeciw.

– Dwa? – spytał Zajączek. – Cieszę się, że mamy czołgi, ale co takie dwa zrobią same? Dlaczego nie atakujemy z nimi?

– Spokojnie, młody – odparł sierżant. – Czołgi spełnią swoje zdanie. Widzisz, to jest strasznie gówniany sprzęt. Tylko dwa elementy w tym modelu są cokolwiek warte, reszta to praktycznie złom. Pierwszy z nich to przedni pancerz, naprawdę ciężki i porządny.

Pojazdy zbliżyły się na kilkadziesiąt metrów do celu i otworzyły ogień. Miały szybkostrzelne działka, ale pociski nie zostawiały nawet rysek na grubej chitynie.

– A drugi…? – dopytał Zajączek.

– Pa tera.

Płyty pokrywające demona podniosły się jak nastroszone pióra. Spomiędzy nich gwałtownie uwolniły się długie, kolczaste macki, które natychmiast popędziły ku pierwszemu czołgowi.

Dachy obu pojazdów otworzyły się, wyrzucając wysoko w powietrze i daleko za siebie członków swoich załóg. Czołgiści pofrunęli, otworzyli spadochrony i z telekinetycznym wsparciem wylądowali bezpiecznie w okopach piechoty. Pancerz pierwszego z czołgów był w tym momencie już kompletnie rozszarpany. Drugi pojazd rozpuszczał się w żrącym szlamie.

– Drugi porządny podzespół naszych czołgów to system katapultowania – skwitował Romir. – Na poważną rybę trzeba poważnej przynęty. A pancerze się nie zmarnują, szwagier wyklepie i będą jak nowe. Dobra, koniec żartów, ruszamy, za mną!

Wyrwali się z krzaków i potruchtali w kierunku demona. Sierżant dobył ciężkiego topora i skupił się na zaklęciu ochronnym. Kapral w biegu prowadził ostrzał z łuku. Ria zaklęła i nasyciła własną witalną energią alchemiczny pocisk, by wystrzelić go z granatnika. Zajączek kurczowo trzymał karabinek i nie miał pojęcia, co ze sobą zrobić.

Wybuchy magicznych bomb i świetliste promienie powoli zdzierały zieloną chitynę z demona. Lotnicy niesieni wentokantycznymi zaklęciami fruwali dookoła celu i ściągali na siebie ataki jego olbrzymich macek i biomechanicznych armatek. Jeden z magów oberwał i poszybował bezwładnie tak, że złamał swoim ciałem pobliskie drzewo. Stracił przytomność, ale dzięki runicznej ochronie wciąż był żywy.

Zraz odpowiedział własnym lotnictwem, wypuszczając z gęby szwadron trutni. Skrzydlate potworności były jednak jak zwyczajne zwierzęta, bez nadnaturalnej wytrzymałości. Szybko uległy ostrzałowi z karabinów. Nawet Zajączek miał okazję się wykazać.

Piechota dosięgła celu. Ciało demona zaczęło być szarpane ostrzami, obuchami i dłońmi. Potwór z oszałamiającą prędkością formował mroczne zaklęcia, którymi usiłował się bronić, ale wszystkie mistyczne węzły były szybko rozpraszane przez całą zgraję egzorcystów.

Po kilku minutach skończyli. Bez dramatycznych zwrotów akcji, tragicznych decyzji i najczarniejszych godzin, akcja zakończyła się pełnym sukcesem. Wszystkie obrażenia doznane po stronie paladynów dało się magią światła załatać na miejscu – włącznie z dwoma rozkwaszonymi mózgami, bo interwencja była szybsza niż proces odwiązania duszy od ciała.

Zajączek dołożył swoich wysiłków czarami i modlitwami, aby wesprzeć finalny egzorcyzm pozwalający potępionym duszom wyrwać się z trzewi zabitego potwora. Pierwszy raz jednak widział na żywo, jak kilkoro dusz po prostu wyślizguje się rytuałowi i zanurza się w ziemię.

Romir podszedł do niego.

– Do akcji łatwiej nam iść, jak się z tego wszystkiego śmiejemy – powiedział. – Ale w tym momencie zawsze sobie przypominamy, co tu właściwie robimy. Możemy go nazywać zrazikiem. Ale jednak każdy taki bydlak to ucieleśnienie zbiorowego mordu. Sterta zmasakrowanych zwłok napędzana przez grupę cierpiących dusz. Tak to kiedyś ujął pułkownik Rydwik, pewnie miałeś z nim wykłady. Doświadczony w boju jak mało kto, ale pewnego dnia stwierdził, że już nie umie tak tego obracać w żart i przeniósł się za biurko nieodwołalnie. – Romir westchnął i na chwilę przerwał wywód. – Rydwik też mi wskazał, co w demonach jest śmiesznego. Są po prostu tandetne. Tworzą sobie te ciała tak, żeby były straszne i zabójcze, ale gust mają jak małe dzieci. Byle jak, bez sensu, byleby dołożyć więcej groźnych elementów. Są przerażające, ale są też groteskowe. Są zwiastunami tragedii, istniejącymi by niszczyć, ale są też swoimi własnymi karykaturami.

Kiedy sprzątali pobojowisko, szukając cennych syntetycznych materiałów wśród demonicznych tkanek, któryś z wyżej postawionych oficerów zawołał donośnie!

– Uwaga, wszystkie oddziały! Zwiad potwierdza, że demon ukrył w lesie zarodki! Musimy je znaleźć i wyeliminować, by nie przerodziły się w biesy!

Zajączek spojrzał pytająco na sierżanta.

– Czy to oznacza, że…?

– Dokładnie, drogi Zajączku – odparł Romir. – Czas na szukanie jajek.

5 polubień

goetycznych, a nie goeckich?

Kozioł to Hellboy, prawda? xD

Mam wrażenie, że mnie ominął jakiś opis, bo chwilę wcześniej demon dopiero sięgał mackami po czołg (zakładałem, że po to, aby zasymilować), a teraz jeden rozszarpany, a drugi z jakiegoś powodu się w czymś rozpuszcza?

a nie owady?

Wolę moją wersję, nawet jeśli miałaby być neologizmem.

Znany ekonomista odpowiada:
Nie, absolutnie nie przeszło mi to przez myśl, prawdę mówiąc. Prędzej Zevlor z BG3 i cała ta elturelska ekipa.

Może to zabrzmi jak oszukiwanie, ale chciałem właśnie takiego przeskoku, kiedy protag na chwilę odwrócił wzrok. Dokładnie o to chodzi, że demon zmasakrował czołgi w mgnieniu oka.

1 polubienie

No to by się przydało jakoś zaznaczyć.

TOBIE BY SIĘ PRZYDAŁO ZAZNACZYĆ JAKIEŚ SUKI

4 polubienia

Ah tak, walaszkizacja Eiranu.
Podoba się to dla mnie, zwłaszcza jak niszczą pancerz i demon zmienia się w ogóra. Najśmieszniejsze gówno jakie przeczytałem.

A bardziej na powaznie to dobrze się czyta, humor bardzo polonizuje setting mam wrażenie (czy paladyni mają kalendarz z gołymi babami w warsztacie?). Jedyne z czym miałem osobiście zgrzyt to słowo działko. Na początku myślałem że demon w jakiś sposób nałożył na siebie kilka RODów

3 polubienia

Nie zgadzam się z Jacym, że przeskok do rozwalonych czołgów jest zbyt gwałtowny. Mamy opis ewakuacji czołgistów, która na pewno trochę zajęła. Dopiero potem wracamy do czołgów i tego, w jakim są stanie:

Fajne opko ogółem.

3 polubienia

Czy w Eiranie nie zawraca się w tył?

1 polubienie

Jest już nawiązanie w ściance :v: