Ścianka stworzona na 1 rundę ConMundialu, w temacie ‘sport’, opisująca przebieg nietypowych perackich Igrzysk.
W stolicy Liwarnu, Peracie, co trzy lata odbywają się dwunastodniowe igrzyska, stanowiące olbrzymie święto. Są one co najmniej tak stare, jak Liwarn w obecnym kształcie; nie są jednak niezmienne.
Była wiosna roku 1152 wschodniej rachuby, tłumy zebrały się wokół areny. Wkrótce długo wyczekiwany korowód drużyn wkroczył na piasek w rytualnym pochodzie. Szli mieszkańcy bagiennej Mory w ich spodniach o podwiązanych nogawkach; reprezentacja drużyn wojskowych z północnego pogranicza z długimi, wpiętymi w grzywy szarfami oznaczającymi jednostki; Evatrowie ze wschodu w tkanych przepaskach; twardzi górale z Przedłucza. Nie zabrakło także drużyn skupiających poszczególne dzielnice samej stolicy: żacy wystawili najsilniejszych i najzwinniejszych spośród młodzieży, zaś rzemieślników reprezentowały drużyny cechowe garbarzy i szewców.
Nagle jednostajna owacja przycichła i przez tłum przetoczył się pomruk zdumienia.
Na ubity piach wkroczyła prowadzona przez trzech rosłych dokerów reprezentacja dzielnicy portowej, składająca się całkowicie z centaurów. Reakcje były mieszane – gwizdy przeplatały się z brawami, oburzenie mieszało się z ekscytacją, a korowód maszerował dalej.
Nie tylko publika nie była pewna, co począć w tej sytuacji. Od czasów starć na kavrańsko-centaurzym pograniczu minął niemal wiek, ale kopytni wciąż stanowili kłopotliwą mniejszość, którą nie wszyscy chętnie oglądali na ulicach Peratu. Arcyksiążę Aern Tiluard, główny sponsor igrzysk, zgrzytał zębami ze złości. Drużyny, która raz stanęła na arenie, nie można było zdyskwalifikować. Lud czekał trzy lata, aby obejrzeć zmagania swoich reprezentantów; jakiekolwiek gwałtowne działanie mogło sprawić, że sytuacja w mieście pełnym rozemocjonowanych kibiców z całego państwa wymknie się spod kontroli. Zaniechanie interwencji także mogło okazać się zgubne – pojedynczy centaur osiągał pięciokrotność wagi przeciętnego kavra, był od niego wyższy i szybszy, a tłum będzie żądał, aby zawody były sędziowane sprawiedliwie.
Dwunasty miejskiej świątyni, który nadzorował zgodność przebiegu igrzysk z uświęconymi regułami, nie był poruszony niepokojem możnowładcy. Igrzyska były kavrańskim zwyczajem i składały się z kavrańskich dyscyplin. Zwycięstwo kopytnych śmiałków nie było jeszcze przesądzone.
Reguły turnieju były dość proste. Każda drużyna brała udział w każdej konkurencji, zajęte miejsca rzutowały na ranking punktów wywieszany na wielkiej tablicy. Dwie drużyny o najlepszych wynikach trafiały do finału.
Po kilku dniach drużyna z doków uplasowała się na szóstym miejscu, oddawszy walkowerem konkurs wspinaczki i regaty oraz przegrywając o włos w pływaniu. Wyglądało na to, że arcyksiążę może odetchnąć w spokoju, choć jego bezsilność i absurd całej sytuacji ewidentnie bawiły innych arystokratów, na czele z jego głównym politycznym rywalem.
W ciągu kilku następnych dni sytuacja zaczęła wyglądać mniej wesoło. Po bezkonkurencyjnie wygranych biegach centaury całkowicie zdominowały również rzut oszczepem. Co prawda nie wzięły udziału w wyścigach dewarów, a zawody na równoważni skończyły jako przedostatnie, jednakże przeciąganie liny skończyło się zanim się na dobre zaczęło. Jedyna kobieta w centaurzej drużynie okazała się być znakomitą zawodniczką w raethern – kombinacji biegu terenowego i strzelania z łuku. Niemal przefrunęła przez cały tor, szpikując tarcze strzałami. Nazajutrz jej pobratymiec we wręcz upokarzający sposób położył w zapasach najroślejszego Podłuczanina i na dwa dni przed finałem centaury znacząco podskoczyły w tabeli.
Przedostatnią konkurencję, szermierkę, po dość wyrównanej walce, wygrała kavrańska drużyna z północy.
Podliczywszy punkty, stało się jasne, że centaury trafiły do finału. A to oznaczało kłopoty: konkurencją finałową był mecz w piłkę.
Rozpaczliwie próbując wymyślić sposób na to, aby mecz nie zamienił się w smutną i krwawą farsę, ostatecznie sędziowie ogłosili zasadę, że liczba nóg w każdej drużynie musi być taka sama.
Nie minął kwadrans, a dwóch kopytnych zawodników posadzono za faule, natomiast pięciu kavra trzeba było znieść z boiska, co nieco wyrównało liczbę grających. Drużyna garbarzy dość szybko zauważyła, że niskie podania są dla centaurów bardzo trudne do zatrzymania, natomiast dokerzy próbowali dla odmiany jak najbardziej poruszać się z piłką, co dawało im przewagę. Sytuacja rozwijała się dynamicznie, na arenie rozgrywał się prawdziwy wyścig zbrojeń. Straż obawiała się, że ktoś rozpocznie podczas meczu tumult na widowni, ale okazało się, że większość podżegaczy za przeszkadzanie dostawała od sąsiadów z trybun w łeb. Na przekór oczekiwaniom, rywalizacja okazała się być równa.
Półtorej godziny, niezliczone stłuczenia, jedno naciągnięte ścięgno i około tuzina wybitych zębów później zapadka w zegarze wodnym na szczycie wieży amfiteatru opadła i zabił dzwon, który obwieszczał koniec meczu i zakończenie zawodów, które pozostały nierozstrzygnięte.
Po raz trzeci w historii nie wręczono tradycyjnego złotego rogu, przedstawiciele obu drużyn otrzymali zamiast tego dębowe wieńce. Przed następnymi igrzyskami ogłoszono wprowadzenie kategorii wagowych.
Złośliwi mówią, że to na wszelki wypadek – kavra przypomnieli sobie, że w Liwarnie mieszkają także smoki.
