Wyobraźmy sobie system, w którym osoby, które mogą być wybierane na stanowiska i osoby wybierające są zbiorami zupełnie rozłącznymi. Jak realistyczne jest utrzymanie takiego systemu i jak łatwo jedna ze stron może manipulować drugą waszym zdaniem?
Przykład, w którym chciałem tego użyć to wąskie grono elektorów wybierających monarchę z zupełnie innego wąskiego grona jako pewien oligarchiczny kompromis. Sama idea może też być jednak faktyczną demokracją albo nawet jakimś kompromisem dwóch populacji, może nawet gatunków, które żyją razem. Jak sensownie wam to wygląda i czy macie może inne wariacje na temat wyborów?
Kojarzy mi się to z pewnymi rozwiązaniami przyjętymi w Bośni i Hercegowinie albo w Libanie. Przykładowo, w Libanie stała liczba miejsc w parlamencie jest przyporządkowana różnym grupom religijnym. Np. druzowie mają przydzielone 8 miejsc, szyici i sunnici po 27 miejsc, alawici 2 miejsca. Dalej są 64 miejsca dla chrześcijan i to się robi skomplikowane. Dla przykładu, katolicy są podzieleni na trzy główne grupy, każda ma swoje miejsca w parlamencie (plus niektórzy katolicy łapią się do czwartej grupy, która obejmuje też pewnych chrześcijan niekatolickich). Obecne podział wynika z porozumień kończących wojnę domową; przed wojną domową było troszkę inaczej (np. alawici nie mieli żadnego miejsca w parlamencie).
W Bośni i Hercegowinie skomplikowany system wynika z porozumień pokojowych po wojnie domowej i wynika z układu pokojowego w Dayton. Na oko jest to system bardzo krytykowany, ale póki co jakoś się jeszcze trzyma.
Są to jakieś przykłady kompromisów mających utrzymać razem różne grupy. Widać że wiążą się one z wojnami domowymi i zasadniczo chyba kompromis po wojnie domowej jest bardzo dobrym uzasadnieniem dla nieintucyjnego systemu.