Sekret Rotersów
Polowanie na wróżki to jedna z najgorszych robót jakich można się pochwycić kiedy trzeba zarobić sporo złota w krótkim czasie, lub życie przestało mieć sens lecz nie ma się wystarczająco dużo odwagi by samemu je zakończyć.
Kilka wypraw - tyle mniej więcej przeżywają łowcy nim zginą na kolejnej w głąb nieskończonego lasu. Tyle również wystarczy aby wcześniej przejść na emeryturę ciesząc się dostatnim życia do końca swych dni. Trzeba mieć tylko szczęście, albo i nie, by znaleźć się w tych dziesięciu procentach łowców co wychodzą w miarę cało z polowań. I w miare jest tutaj jak najbardziej adekwatnym słowem, słuchając jakich horrorów niektórzy potrafią doświadczyć między drzewami wróżek. Nieco pocieszające jest w tym wszystkim usłyszeć, że ktoś z (nie)słynnej rodziny Rotersów będzie na wyprawie. Sprawia to, że ma się większe szanse wrócić żywym… tak jakoś o pięć procent większe.
– …Musisz mieć jaja ze stali lub być totalnym szaleńcem skoro postanowiłeś dołączyć do naszej wyprawy. Tym jednak nie zabłyśniesz tutaj: każdy z nas ma jedno albo oba! Haha! – a wraz za tymi słowami kilku innych łowców przy ognisku parsknęło ze śmiechu. Byli już szósty dzień w dziczy. Nie była to jeszcze pora by zacząć polować na małe skrzydlate diabły. Mimo niemal tygodnia podróży, nie byli jeszcze dostatecznie głęboko. Ale byli już blisko. Niektórzy to czuli, niektórzy to pamiętali. Z każdym rozbitym obozem atmosfera stawała się coraz bardziej napięta oraz ponura. Nie każdy jeszcze wiedział, lecz im głębiej w las tym niebezpieczniej się stawało - rosła szansa na spotkanie wróżek, celu wyprawy, ale również ich strażników, potocznie zwanych po prostu strażnikami. “Zwykłe” drapieżniki są już wystarczająco niebezpieczne i wielkie, a co dopiero te bestie. To dopiero są wynaturzenia natury, istoty godne łatki potworów. Wielu weteranów nękają nie tylko za dnia ale także w nocy, w koszmarach.
– Cóż, spodziewałem się tego, że nie będę wyjątkiem. Chyba wszyscy tutaj są równie dobrze stuknięci co ja. - odpowiedział żółtodziób lekko się uśmiechając do złej gry. – Szczerze to słyszałem mnóstwo opowieści o wyprawach, strażnikach jak i samych wróżkach i wiecie co? Sceptycznie do nich podchodzę. Wydają się one zbyt… nierealne. Chciałbym powiedzieć, że jestem prosty chłop, ale mam rycerza więc nim nie jestem. Nie uprawiam roli, ćwiczę walkę, potrafię czytać oraz liczyć. Dla mnie magia nie istnieje, nie istnieją rzeczy których nawet Karabska alchemia czy też medycyna nie może sprawić! – kontynuował próbując podnieść morale swoich towarzyszy, chociaż brzmiało to bardziej jak chęć podpompowania swego ego tym czego nie potrafił i nie tylko. Koniec końców, i tak wydawał się być tutaj zwykłym szarakiem.
– Jakoś rok temu spotkałem Karabskiego medyka który chciał zbadać owych strażników sądząc, że wróżki stosują na nich tajemniczą medycynę nieznaną na zachodzie. – dodał. Rozmowę dalej postanowił pociągnąć mężczyzna siedzący naprzeciw niego. Metalowa szczęka, łysa głowa z odrastającymi włosami idealnie zlewała się z kilkudniowym zarostem, zaś metaliczne uderzenie protezy o górne zęby, zabrzmiało donośniej niż pewnie zakładał. Młodzieniec od razu skierował na niego spojrzenie, milcząc i oczekując na jego wypowiedź:
– Masz na myśli Agdula. – odpowiedział pewny swego wskazując na niego nożykiem którym kroił jabłko i zajadał w międzyczasie.
– Nie wiem, nie pamiętam jak się nazywał. Spotkałem go tylko kilka razy, ale Karaba łatwo zapamiętać, szczególnie w tych stronach. Nosił bodajże okulary, jakieś takie dziwne były, jakby charakterystyczne dla niego… – niepewnie odpowiedział mu.
– No to to był Agdul. Na swojej pierwszej wyprawie strażnik zmiażdżył mi szczękę. - oznajmił stukając ją nożykiem. – Miałem jednak szczęście - w zamian za jedną z moich wróżek obiecał mnie uratować. Cóż, jakoś mnie z tego wyciągnął, podtrzymał przy życiu a następnie w mieście zrobił tę oto protezę. Nie opuści mnie ona do końca mego życia, tak samo towarzyszący jej ból ilekroć muszę szerzej otworzyć usta. – zatrzymał się by ze smutkiem westchnąć, ściągając spojrzenie na ognisko między nim a młodzieńcem.
– Na kolejnej wyprawie zginął i tyle by o nim było. Jakoś więcej nie pamiętam bo wiesz, wchodzi nas setka a wychodzi kilkunastu. Trup się ścieli gęsto więc szybko zapominasz o zabitych. A teraz… – wstał otrzepując tyłek z kurzu jedną ręką, drugą zaś chowając ostrze do kieszeni w płaszczu. – …pora spać. Jeśli zaatakuje na dzisiaj cokolwiek, to chciałbym wcześniej choć trochę się zdrzemnąć. – po czym odszedł pozostawiając po sobie ciszę. Niezręczną. Nie było o czym gadać - każdy obcy sobie a jedyna osoba która próbowała zapoznać się nieco z zebranymi wokół ogniska momentalnie została zgaszona przez amatora jabłek. Po tej akcji, jeżeli to zdarzenie można by tak nazwać, co kilka minut od ogniska odchodziły kolejne osoby, udając się do swoich rycerzy. Niezbyt wygodne miejsce do snu czy też do jakiejkolwiek innej czynności, ale w tych warunkach, najbezpieczniejsze. W razie ataku każdy miał już za sobą czynność wejścia do kabiny, pozostawało wtedy jedynie uruchomienie mecha.
Dzisiejsza noc okazała się bezpieczna. Wszyscy cali, choć niekoniecznie zdrowi fizycznie ani umysłowo, ruszyli w dalszą drogę, wspierani przez promienie słońca, ledwo przebijające się przez ogromne korony drzew…
następnego dnia, wczesne południe
– Jesteśmy już tydzień w lesie i nie natknęliśmy się, hmm, w zasadzie na nic. Żadnych zwierząt, okej - pewnie płoszą je rycerze, ale brak owoców na drzewach czy też krzewach, o wróżkach albo strażnikach nie wspominając… To normalne? – zapytał nowy podbiegając swoim rycerzykiem do towarzysza w większej maszynie. Zółtodziób nie posiadał oczywiście małego mecha, druga klasa według starych miar to nadal porządna machina, jednak mimo ot nie umywała się rozmiarowo do nowszych modeli trzeciej klasy. Było widać przewagę wzrostu w metrach jak i w designu. Płynne ruchy nowoczesnej trójki były niczym fale na tafli wody, kiedy sztywne ruchy przestarzałej dwójki można by co najwyżej porównać do rytmicznych ruchów cięcia sękowatego drewna piłką.
– Pierwsze tak, drugie nie, trzecie z czwartym: tak i nie. – odpowiedział giermek większej maszyny, nie zwracając większej uwagi na kurduplowatego mecha pod nosem. Miał na głowie ważniejsze sprawy, chociażby jak kierowanie swoim rycerzem. Trzecia klasa to już nie przelewki, trzeba znacznie więcej kontrolować niż w niższych klasach. Plątanie się wokół niego nowego łowcy było niczym słuchanie bzyczenia komara podczas próby zaśnięci. Bycie uległym w takich sytuacjach z reguły jest najlepszą drogą do osiągnięcia świętego spokoju, ale nie udzielenie prostej odpowiedzi na pytanie było również dziwnie satysfakcjonujące dla mężczyzny.
– Czemu tak, nie oraz tak i nie? – dopytywał się młody nie pozwalając na zbycie siebie. Otrzymał w odpowiedzi westchnięcie zagłuszone przez odgłosy kroczących rycerzy, lecz starszy łowca raczej wiedział na co się pisze nie dając mu jasnej odpowiedzi od razu.
– Tak, ponieważ większość zwierząt jest kontrolowana przez wróżki, więc po prostu kazały im odejść stąd wiedząc, że tu jesteśmy. Zawsze też wszelkie mięso w okolicy mogło zostać pożarte przez głodnych strażników - jest to dobry i zły omen. Nie, gdyż normalnie powinny być, szczególnie o tej porze roku. Flora nieskończonego lasu jest taka sama jak w jego okolicach. Nie jest ona jakaś specjalna czy coś. Pewnie wróżki zebrały wszystko w tej okolicy więc jest mała szansa na to, że spotkamy je tutaj. A co do wróżek i strażników, to może się nawet okazać, że wrócimy bez nich. Bardzo rzadko się to zdarza, ale lata temu słyszałem o jednej wyprawie, jeszcze zanim zacząłem polować, na której nie doszło do konfrontacji ze strażnikami. Oczywiście łowcy wrócili z niej również bez zdobyczy. Osobiście wolałbym przytargać nawet truchło strażnika niż wrócić z pustymi rękoma. Ponoć na południu cieszą się wielkim pobytem ich futra, kły pazury… w zasadzie wszystko. – rozwinął swoją wypowiedź głośno i wyraźnie by nie musiał się powtarzać. Z drugiej strony, taka rozmowa to zawsze jakieś umilenie czasu.
– Czyli może lepiej wynieść kilka zwłok strażników? I tak pewnie będziemy z nimi walczyć, a wróżki musimy złapać żywe - trup nie będzie sprawiał problemów, co najwyżej śmierdzieć. – ciekawość młodego nie odpuszczała starszego towarzysza i szukała dalszych punktów zaczepienia rozmowy. A może była to była ta sama nuda męcząca jego rozmówcę?
– Nie. – skomentował krótko. – Jedna wróżka jest warta co najmniej dziesięć strażników jak nie więcej. –
– A co do wró– nie skończył. Las przeszył donośny, dziki ryk zrywający do wszelkie ptactwo na okolicznych drzewach. Ni to niedźwiedź, ni to wilk ani inne zwierzę. Wszystko stanęło a ludzie zaczęli wypatrywać zagrożenia z domniemanego kierunku dźwięku w akompaniamencie przestraszonych ptaków. Wielu, niezważają na dodatkowe zużycie energii, odbezpieczyło bronie. Czas leciał dalej do przodu, a każda minuta wydawała się trwać wieki. Wszyscy bowiem czekali aż coś się wydarzy. Powoli zaczęła wracać cisza do lasu, zagłuszana jedyne terkotem silników, gdy nagle:
– GÓRA!!! – ktoś krzyknął, lecz o moment za późno. Nim człowiek zareaguje, wykona ruch rycerzem, a rycerz odpowie miną kolejne sekundy. Cenne sekundy. Nad koronami drzew pojawiło się kilkanaście czarnych plam których jedynymi orientacyjnymi punktami były świecące na czerwono mniejsze plamki - oczy. Strażnicy, to było aż nazbyt pewne. Spadli na rycerzy, mniejszych od razu powalając a w większych zagłębiając swoje szpony na oślep, niszcząc maszynę albo zabijając operatora. A był to dopiero początek walki. Pozostali ruszyli z pomocą towarzyszom w opałach z miejsca likwidując kilku przeciwników. Trzeba było działać szybko, obydwie strony zapewne były tak samo zdezorientowany i ten kto szybciej otrząsnął się, miał większe szanse na przeżycie a nawet zabicie kogoś. Na dzikie ryki strażnikom rycerze odpowiadali swoimi mechanicznymi podczas zwiększania obrotów. Wszystko to zagłuszało dźwięki agonii nieszczęśników co nie mieli okazji zginąć od razu.
W mniej niż pięć minut było już po wszystkim. Strażnicy tak szybko jak uderzyli, tak też znikneli. Doliczono się łącznie czternastu martwych potworów, może było ich więcej ale w całym zamieszaniu uciekli. Nie wiadomo. Jednak straty kompanii były większe i z pewnością bardziej odczuwalne. Dwudziestu dwóch ludzi i szesnaście rycerzy, nie wspominając już o rannych. Nie wiadomo co gorsze: stracić człowieka czy rycerza? Ręce do pracy jak i mechaniczna siła jest bardzo potrzebna w lesie, do łapania wróżek czy też obrony przed strażnikami. Łzy za straconymi towarzyszami zostały jednak szybko wytarte. Wiedzieli na co się piszą, nawet z uszkodzonych rycerzy będzie pożytek - niektórym może przydadzą się ich nienaruszone części, innym jeszcze nie zużyte rdzenie energetyczne. Odzyskanie tego i tamtego oraz pochowanie tego co zostało z niektórych ludzi zajęło praktycznie całą resztę dnia, pozostawiając kompanii jedynie godzinę na dalszą wędrówkę w blasku powoli zachodzącego słońca. Nie wspominając już o kolejnym rozbiciu obozu.
wieczór tego samego dnia
– Wiedziałem, że walka jest straszna, brutalna a nawet niesprawiedliwa. Nie sądziłem jednak, że wszystko będzie tak… wyglądać. – oznajmił zdruzgotany młody, obracając swoją kiełbaskę nad ogniskiem. Kompania była spora ale nawet mimo tego było widać jak wielkie straty ponieśli. Wydawało się, że przy każdym ognisku jest praktycznie o połowę mniej ludzi.
– Jak przeżyjesz to się przyzwyczaisz albo odpuścisz sobie i nie wrócisz do lasu. Liczy się zarobek, po to tutaj przybyłeś, a to dopiero początek - jeszcze nie raz nas zaatakują w ciągu dwóch tygodni. –
– Dwóch… tygodni? – zduszonym głosem powtórzył. Łowca z którym rozmawiał podniósł na niego wzrok spod ogniska przy czym złowieszczo się uśmiechnął:
– Jeszcze dwa tygodnie piekła, a to co było dzisiaj to jedynie przedsmak. Możesz przetrwać albo zginąć. – i tak jak rzekł, tak też się stało…
Chciałoby się rzec, że dwa tygodnie minęły jak z bicza strzelił, ale nie. Czas się łowcom ciągnął, jak na każdej wyprawie stawali przed trudnymi decyzjami. Dobić czy próbować ratować towarzysza? Kogo porzucić? Pochować trupa czy użyć jako przynęty? A to zaledwie czubek góry lodowej. Do samego końca przetrwało jedynie dziewiętnastu ludzi z stusiedemnastu - w podniszczonych rycerzach ciągnęli wozy z resztkami zapasów oraz zdobyczami wartymi całe skrzynie złota. Jednak jakim kosztem to wszystko zdobyte? Niektórzy z nich tu wrócą, inny po takiej “przygodzie” już nie. Każdy jednak na tej wyprawie coś traci i coś zyskuje, czasem w przenośni, czasem dosłownie.
Po wszystkim kompania rozbiła ostatni obóz w tzw. bezpiecznej strefie. To ostatni raz gdy w tym gronie spędzą noc, jest to więc dobry czas aby podzielić między sobą zdobycze tych co nie zdołali wrócić czy też oddać innym to co przegrało się w kości, karty albo na innych zakładach. W tym wszystkim młody nieznany mężczyzna, ciekawy życia oraz pracy łowcy wróżek, nie miał wystarczająco dużo szczęścia oraz doświadczenia by przeżyć swoją pierwszą wyprawę. Albo może zawinił go sprzęt? Nie wiadomo. Czy ktoś będzie o nim pamiętać? Być może, tylko jak długo? Wszystkich w końcu czeka ziemia i zapomnienie.
nieznana posiadłość, wieczór
Roters Adam był jednym z tych co przeżyli powyżej opisaną wyprawę. Nie było to nic niespotykanego. Raczej nawet pewnik, że wyjdzie z tego cało… lub w części. Jak większość członków swojej rodziny, posiada stałych klientów na wróżki i udaje się do nieskończonego lasu głównie ze zlecenia. Poza władcami państw, mało kto jest w stanie pozwolić sobie na regularny zakup wróżek, a jak już tego dokonują to najczęściej szukają konkretnych “modeli”, np. do kolekcji.
Wróżki stanowią nie tylko luksusowy materiał którym można się pochwalić przed znajomymi podczas uczty, ale są również materiałem najpotężniejszych broni na świecie. Właściciele zmuszają je do niewolniczej pracy przy wytwarzaniu magii, którą bardzo chętnie kupują północne kraje za krocie. Nie wiadomo za bardzo w jakim celu, ale uważa się że jest to jeden ze składników smoczego piasku którego receptura jest jedną z największych tajemnic świata. Inni ową magię traktują niczym narkotyk, wdychając ją ze specjalnych fajek w których umieszczane są wróżki - najczęściej jest to jednorazowa zabawa, gdyż po kilku godzinach “palenia”, wróżka pada z wycieńczenia.
Prawdopodobnie najpopularniejszym zastosowaniem dla wróżek jest produkcja strażników, jednak z powodu licznych wypadków jedynie w Karabskich miastach ich wytwarzanie nie zostało nadal zakazane. Ale co się dziwić? Karabowie są wręcz zakochani w nauce, bez skrupułów poświęcając ogrom srodków oraz siły roboczej w imię postępu. Smoczy piach jak i strażnicy to potężne bronie do walki z rycerzami, nadal jednak nie najpotężniejsze. Owiana tajemnicami, mgłą mistycyzmu, wróżkowa technologia jest tym co stoi na podium. W rzeczywistości tylko kilka osób spoza rodziny Rotersów wie o jej istnieniu i działaniu.
“Poświęcając” życie wróżki można uzyskać potężne przedmioty zwane artefaktami. Przed apokalipsą byłyby to po prostu zaklęte rzeczy, np. miecz co z woli dzierżyciela staje w ogniu. W dzisiejszych czasach jest to coś niebywale rzadkiego i potężnego w starciu ze wszystkim co żywe albo mechaniczne.
– Lordzie Carnanie, przybył pan Roters. – poinformowała swojego pana służka, przerywając mu czytanie gazety oraz palenie cygara. Bez oglądania się na nią, złożył papier na cztery, położył na stoliku i gestem ręki kazał wpuścić. Kobieta otwierając całkowicie drzwi, do salonu wpuściła znacznie wyższego od siebie mężczyznę trzymającego w rękach coś podobnych do siebie rozmiarów, schowanego pod pobrudzonym materiałem. Zapewne był on kiedyś biały, lecz liczne plamy, szycia oraz łaty wskazywały, że swoje lata świetności ma dawno za sobą.
– Witaj w mych szczodrych progach Adam! Z pół roku cię nie gościłem! Jak tam życie, zdrowie? Jest już żona, może dzieci? – entuzjastycznie wypytał gościa witając go i spoglądając na niego co rusz z innego boku. Cóż, Adam milczał czekając aż lord nieco ostygnie ze swoim nastawieniem:
– Dobry wieczór, lordzie Carnanie. Nie tak łatwo jest wejść do mojej rodziny a nawet jeśli, to przecież przesłałbym zaproszony na uroczystość. – odpowiedział w nonszalancki sposób.
– Faktycznie. – przyznał rację Adamowi głaszcząc się bo bródce. – May, przynieś nieco lodu, napijemy się z panem Adamem. Później idź przygotować pokój dla niego. – rozkazał lord gestem ręki oddelegowując pokojówkę do zadań.
– To zbytek uprzejmości. Ponadto nie jestem tak bogaty jak ty by pozwolić sobie na służbę, a mam swoje obowiązki… – na co w odpowiedzi lord podniósł jedynie brew. Mówiło to aż za dużo. Czy ktoś kto sprzedaje mu wróżki od lat może być biedny? Odpuścił.
– No dobrze. Jak przyniesie lód odwołam jej ostatnie polecenie. –
– Dziękuje. – i w ramach wdzięczności lekko się pochylił do ukłonu z przykucem, a przynajmniej na tyle ile mógł by nie upuścić ładunku. Lord ze skwaszoną miną pośpiesznie ręką kazał mu wyprostować się:
– Nie wygłupiaj się Adam. Jesteśmy na ty oraz na dodatek sami..! I mówi mi po prostu Sten. Trochę mi głupio, że ja do ciebie po imieniu a ty do mnie tak oficjalnie. – Adam tylko śmieszkowato uśmiechnął się, próbując powstrzymać parsknięcie ze śmiechu. Wiedział, że przecież są przyjaciółmi, nawet kumplami. Na szczęście, wszystko ograniczało do relacji biznesowych. Nie miał bladego pojęcia, czy taki człowiek mógby pojawić sięu niego na ibiedzie rodzinnym. – A teraz pokaż co mi tam przywiozłeś. – na co Roters wyminął gospodarza i ruszył w kierunku stolika. Położył na nim swój tajemniczy pakunek nie zważając na to, że przygniecie on gazetę. W międzyczasie gdy powoli opuszczał towar zważając na swoje palce, Sten przeszedł do innego miejsca by lepiej całość widzieć.
- Co prawda to prawda, wybór nigdy nie jest wielki, ale cena jak zwykle nie jest wygórowana. Jak planujesz sprzedać to zawsze na tym spokojnie zarobisz. - ii ściągnął płachtę odsłaniając ogromną klatkę na ptaki. No, w tym przypadku na wróżki. Wewnątrz były cztery małe istoty które wraz z odsłonięciem odżyły i znów zaczęły próbować wygiąć kraty w swoim więzieniu. Nie dawały rady nawet z drucikami które przechodziły przez oryginalne oczka tworząc kolejne, na tyle małe aby wróżki nie przecisnęły się przez nie. Tym samym do zwykłej kraty z klatki nie miały nawet startu. Dla Sten’a nie miało znaczenia ile wróżek przywiezie mu Adam, zawsze tak samo się cieszył na ich widok:
– Wspaniale. Wspaniale, wspaniale, wspaniale! Jak zwykle, towar z najwyższej półki! Same dwu i trzyskrzydłowe wróżki! – i wręcz w podskokach, ciesząc się niczym dziecko zbliżył się przyglądając się im z bliska.
– Ach, i te kolory! Jasnoniebieska, jasnofioletowa, ciemnoczerwona! Same rarytasy! –
– Przyniosłam lód oraz miód na wszelki wypadek… – rzekła stając w drzwiach pokojówka, a następnie wchodząc w głąb salonu.
– Świetnie! Podaj miód. A! Pan Adam jednak nie zostanie na noc więc nie musisz przygotowywać mu pokoju. – rzekł podchodząc do kobiety zabierając mały słoiczek miodu w którym zamoczył opuszek palca. Następnie przystawił go do klatki i obserwował jak wróżki go zlizują. Cóż, w porównaniu do reszty osób w salonie, miał z tego niezłą frajdę…
– Że ci przerwę dobrą zabawę Sten… możemy przejść do konkretów? – wtrącił się Adam czujący zniesmaczenie na widok starszego mężczyzny zachowującego się jak dziecko z powodu otrzymania nowej zabawki. Nie było to coś nowego dla niego, jednak po latach oglądania tego za każdym razem wydawało się coraz dziwniejsze…
– Dobrze, niech będzie to już z głowy. – przytaknął patrząc na niego z lekko naburmuszoną miną i oblizując palec z miodu przed nim. Zaraz po tym wyciągnął z barku pod stoliczkiem butelkę alkoholu, nalał z niej do szkła z lodem i przystąpił do negocjacji ceny z łowcą wróżek.
Tego wieczoru jedna osoba stała się bogatsza, a drugiej nieco złota ze skarbca ubyło… chociaż czy aby na pewno? Ponoć po dobrej cenie kupił świetnej jakości wróżki, mógł więc liczyć co najmniej na zwrot kosztów zakupu przy ewentualnej sprzedaży. Jednak to co już z nimi zrobi lord Sten to jego sprawa. Po wszystkim Adam miał jeszcze jedną sprawę, tę o której nie chciał mówić, taką której nie mógł powierzyć nikomu innemu. Musiał się śpieszyć.
Dotarcie do rodzinnej posiadłości Rotersów z rezydencji Carnan’a to dla Adama bite pół dnia w rycerzu na pełnych obrotach. Nie ma jednak bata aby udało się dokonać tego bez przerw. Nie ma na świecie maszyny która mogłaby przebiec ten dystans bez postoju na ochłonięcie aby nie stanąć przypadkiem w płomieniach. Droga powrotna była więc długa, a gdy wrócił czekały go dwie opcje: zjeść resztki ze śniadania albo poczekać na obiad który był w trakcie przyrządzania. Wybrał trzecią, będąc jeszcze w trasie, i od razu przystąpił do jej wykonania - ruszył prosto do swojej sypialni odespać kilka godzin. Swoją tajemniczą sprawę miał do załatwienia dopiero nocą, a do niej było jeszcze sporo czasu który spożytkował najlepiej jak umiał.
Pod wieczór nikogo nie zastał w domu, co go zbytnio nie dziwiło. Ucieszył go aczkolwiek fakt, że wszystko do wyjścia miał już przygotowane: dwie aktówki oraz niewielką pustą torbę. Sprawną serią ruchów zabrał wszystko bez zatrzymywania się w drodze do stajni. Dotarcie do celu tym razem musiało być dyskretniejsze, więc skorzystanie z rycerza nie wchodziło w rachubę. Tam też również zostało wszystko przygotowane dla niego gdy odpoczywał. Trochę szkoda wierzchowca, że musiał na niego nie wiadomo ile czekać zamiast spać, ale trzeba było sprawę dzisiaj załatwić. Taka jest umowa. Ruszył.
Kilkadziesiąt minut galopu zabrało go na polanę na uboczu nieskończonego lasu. Jedną z wielu, obcemu raczej trudno byłoby z powrotem na nią trafić. Wjeżdżając na nią zwolnił obserwując spod kapelusza okolicę, po czym zsiadł, przywiązując zwierzę do gałęzi i zdejmując z niego potrzebne rzeczy. Kolejne kilka metrów przeszedł na własnych nogach patrząc pod nie jakby czegoś szukał. Po dłuższej chwili na coś natrafił bowiem postanowił zatrzymać się. Odłożył na bok teczki jak i zdjął torbę, by następnie z kieszeni wyjąć trzy fiolki: dwie z cieczą oraz jedną pustą. Pierwszą wylał na ziemię przed sobą, a akompaniujący temu dźwięk cieczy mówił, że coś tam w trawie jest. Drugą wypił płucząc nią usta a następnie z mocną skwaszoną miną połykając. Trzecią natomiast, póki co, zostawił w spokoju. Odczekał kilka minut po czym przyklęknął otwierając pustą fiolkę i coś cicho recytując trzymając ją przy ustach. Jego oddech zdawał się wtedy być czymś innymi niż wydychaną parą. Po zakończeniu inkantacji, z ziemi ku niebu przed Adamem wzniósł się słup intensywnego księżycowego światła na kilka sekund, nim zniknął w równie szybki sposób co się pojawił. Zaraz po tym, w miejscu światła w powietrze wzbiła się… wróżka.
– Jestem Arthea, królo- a, to ty znowu. Wybraniec białej krwi. – pełen dumy piskliwy głosik wróżki od razu przeszedł w niechętny, rozpoznając kto ją przyzwał.
– Więc nie muszę chyba znów tłumaczyć w czym rzecz? – zapytał Adam nachylając się do poziomu wróżki.
– Hmpf! Nie! Miejmy już to za sobą! – gniewnie odparła drobna istota, jednak z jej tonacją głosu trudno było brać to na poważnie. Mężczyzna bez zbędnych ceregieli postanowił otworzyć teczki do których podleciała wróżka i zaczęła pod nosem wymawiać różne niezrozumiałe dla człowieka słowa. Nie ważne ile razy to oglądała, widok zawsze był druzgocący dla niej: dziesiątki skatowanych martwych wróżek, jedna koło drugiej, każda z inną historią a podobnym końcem.
– Prawie każda bez skrzydeł… – specjalnie skomentowała cicho lecz na tyle głośno aby Adam usłyszał.
– Moda. Coraz częściej zastępują skrzydła motyli w ozdobach kobiet. – oznajmił jakby nie robiło to na nim większego wrażenia. Nawet jeśli tak było, wyrywanie skrzydeł to była raczej jedna z lżejszych rzeczy z jakimi sprzedane wróżki mogły się zetknąć. Królowa jedynie spojrzała na niego z zakrwawionymi oczami wstrzymującymi łzy:
– Moda, tak? – odpowiedziała drżącym głosem. Więcej nie musiała, jej twarz mówiła więcej niż tysiąc słów. Trwali w tej niezręcznej ciszy patrząc na siebie dopóki wróżka mocno westchnęła, spuszczając z siebie napięcie.
– No dobrze. Dwie teczki a więc cztery butelki magii i cztery fiolki pyłku. Jak zwykle wszystko będzie tutaj za dwa dni. I jak zwykle zapytam: po co ci to? Część zużywasz na przywołanie mnie, ale co robisz z resztą? –
– Odpowiem jak zwykle: to tajemnica. –
– Hmpf! – fochnięta odleciała kawałek zostawiając za sobą lekko widoczną trajektorię ze złotego pyłku. -- Nasz czas jeszcze powróci i ludzkość zapłaci za to wszystko. Póki co pozostaje mi jedynie godnie pochować część moich poddanych… – rzuciła na koniec po czym strzeliła niczym strzała pomiędzy drzewa pozostawiając za sobą kolejna złotą smugę i… zniknęła. Ślad po kilku metrach urwał się, a ten jeszcze widoczny szybko rozniósł się z wiatrem. Magia, po prostu magia. Walizki również były puste, a dosłownie przed mrugnięciem mężczyzna widział w nich jeszcze truchła małych istot. Cóż, ze swojej części umowy Adam wywiązał się, teraz pozostawało mu wrócić tutaj pojutrze i przekonać się czy wróżki wywiązały się ze swojej… Nie miały zbytnio wyboru a Rotersowie dobrze wiedzieli czemu. Był to ich mały, krwawy sekret.