Soleańskie szkice

Pamiętam to. Jestem pewna, że to pamiętam. Jestem przekonana, że to się wydarzyło. Wbrew temu, co wszyscy mówią, to nie jest fałszywe wspomnienie.

Kiedy byłam mała i mieszkałam jeszcze w dzielnicy Górnej w Resnovie, czasem tata wysyłał mnie samą na małe zakupy. Pękałam z dumy, że daje mi być tak samodzielną. Teraz wiem, że po prostu mieszkaliśmy w bardzo bezpiecznym miejscu. Kilka dni po moich szóstych urodzinach szłam po warzywa na gulasz. Szłam z torbą pełną zwijek – pamiętam, bo wysypały się.

Wysypały się, bo wpadł na mnie mężczyzna. Wtedy wydawał mi się starszy, poważniejszy. Myśląc o tym teraz, wydaje mi się, że nie mógł mieć więcej niż dwadzieścia parę lat. Wywróciliśmy się wzajemnie. Jakimś cudem masa drobnej, biegnącej dziewczynki wystarczyła, aby go na tyle zdestabilizować. Może i brzmi to trochę bezsensownie, ale on ogółem wydawał się nie do końca stabilny.

Niech będzie, to akurat może wydawać się absolutnie zmyślone, ale na Pana Słońca, naprawdę wyglądał, jakby nie do końca tam był! Niby miał aspekt fizyczny – ot, zwykły młody mężczyzna z długimi, kręconymi włosami i okularami, w jasnym golfie i beżowych spodniach, choć bez butów. Wówczas nie uderzył mnie ich brak, ale gdy wracałam do tego wspomnienia, zaskakiwało mnie to. Jakim prawem ktoś bez butów w ogóle postawił stopę w dzielnicy Górnej?

Tak czy siak, mimo całej tej fizyczności zdawał się… migać? Pojawiać się i znikać w niezauważalnych dla normalnego przechodnia odstępach? Raz stał przede mną, w całej swej blond beżowości, mikrosekundę później widziałam jedynie barwny powidok, który mimo wszystko wracał do poprzedniej postaci.

Nerwowo pomagał mi pozbierać zwijki, cały czas przepraszając. Tak mi się wydaje. Jestem przekonana, że coś mówił, pamiętam, że coś słyszałam, ale ten głos był bardzo odległy. Wiem, że był zmęczony, ale niewiele więcej. Rozpoznałabym, gdybym go usłyszała kiedykolwiek ponownie.

Może byłabym w stanie uznać to za przekształcone wspomnienie skołowanego dziecka, gdyby nie to, co zrobił następnie.

– Przykro mi, że naddarła ci się sukieneczka – Kucnął przy mnie i dopiero wtedy zauważyłam, że mój niebieski fartuszek faktycznie rozdarł się w jednym miejscu. – Mogę ci ją naprawić, ale nikt, nigdy, nigdzie i nijak nie uwierzy ci, jak to zrobiłem.

Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, zanim zdążyło mi się nawet zrobić przykro, zobaczyłam coś, czego nigdy nie zapomnę – i coś, czego na pewno nie zmyśliłam.

Przemówił w języku, który wówczas był dla mnie zupełnie obcy. Powtarzał wkoło to samo słowo. Nie wiadomo skąd dobiegł mnie dźwięk otwieranego zamka, a obok niego rozwinęła się kolorowa smuga z powoli pojawiającymi się na niej kolejnymi znakami, powoli przesuwającymi się w górę.

Wiedziona uczuciem w żołądku odwróciłam głowę, żeby spojrzeć na podarty fragment ubrania. Mienił się podobnymi kolorami, co świetlista taśma ciągnąca się obok nieznajomego, by po chwili zgasnąć, przybrawszy poprzednią, nienaruszoną formę.

Gdy spojrzałam z powrotem przed siebie, byłam już sama. Zostało tylko wspomnienie.

Tata uważa, że nigdy sobie nie rozdarłam sukienki. Magia przecież tak nie działa. Magia jest podzielona na kilka jasnych kategorii, mniej więcej zamkniętych w określonych ramach. Nie ma takiej magii, która naprawiłaby mi fartuszek. Nie ma takiej magii, która używa słów.

A mimo wszystko była i nikt nie wmówi mi, że było inaczej.

Byłam gotowa uznać to wszystko za dziecięcy wymysł albo sztuczkę, dopóki nie zaczęłam prowadzić badań historyczno-językowych, z czystej ciekawości. Teraz wiem, że obcy posługiwał się czymś, co obecnie nazywamy starokraskim albo anlangiem. Tak przynajmniej sądzę w oparciu o znaki, które migotały przy nim. To języki martwe, ciężko o jakiekolwiek źródła na ich temat, ale jedna rzecz wystarczyła, by mnie przekonać o swojej racji.

Jestem pewna, że na ścianie w ruinach, którą odsłoniliśmy podczas wykopalisk, były właśnie te znaki.

—–
Skończyłam studia, jestem na kreatywnym rauszu. Pisanina i obrazek własne, redagował Rend.

6 polubień

Czy Sol to jest twój świat? Jeśli tak, to o co w nim chodzi?

Tak, Sol to świat, który tworzę w wolnych chwilach. Zazwyczaj powstaje albo w drodze przemyśleń, co moje postacie perspektywiczne mogłyby zobaczyć i przeżyć (w tym wypadku Melfienne), albo jaką wiedzę niedawno pozyskaną chcę akurat zsyntezować. W sumie częściej do niego rysuję, niż piszę.

Ciężko jest podsumować Sol jednym zdaniem tak, aby przedstawić jedną ideę przewodnią. Fantasy głównie osadzone w świecie quasiwspółczesnym, ot. Długo w sumie błądziłam po różnych pomysłach bezcelowo, aż postawiłam u podstaw BL, od którego wychodzi mi cała reszta świata xD

Podstawowa magia jest oparta głównie na żywiołach - widziałam, że dzisiaj siedzisz w tym temacie, więc stwierdziłam, że wspomnę! :slight_smile:

2 polubienia

Ładnie piszesz (i ładnie rysujesz).
Udało Ci się ująć opis obcego tak, że u mnie natychmiastowo budzi skojarzenia kulturowe z Aniołami :slight_smile: Ale tymi bardziej spoko.
PS: gratulacje skończenia studiów :slight_smile:

1 polubienie

Pisane na szybkości 31.12.2025

O 23:35 rzuciłam Jacemu wyzwanie - ostatni sprint światotwórczy: 250 słów w 25 minut.

Szybko musiałam znaleźć jakiś temat do ogarnięcia, a ostatnio “pastwię” się nad dwiema postaciami, Emilianem i Nieznajomym.


Nie wiem, który z nas był bardziej zmieszany podczas naszego pierwszego spotkania.

Być może ty – kreśląc coś w nieistniejącym języku, otworzyłeś drzwi, o których istnieniu nawet nie wiedziałeś. Na pewno nie miałeś pojęcia, że tworzyłeś klucz do czegoś, co przerastało wszelkie oczekiwania. Twoje „nudne” życie, tak szalenie dla mnie ciekawe, nigdy nie miało doprowadzić cię dalej, niż zakola przed trzydziestką i wysoki cukier przez brak ruchu.

Może jednak ja – przed tym, jak otworzyłeś drzwi do mojej pustki, nie wiedziałem nawet, co to znaczy spodziewać się czegoś, wiedzieć coś, widzieć coś. W moim świecie nie było światła i mroku, bo nie było w nim nic. Istniałem (choć to dużo powiedziane) po to, by egzystencja miała swoje odbicie. Miało mnie nie być. Dzięki tobie i twojemu pisaniu bez celu jestem.

Pokazywałeś mi swój świat na wiele sposobów, chociaż nie mogłem odejść, by go zwiedzić. Mówiłeś o sobie. Tłumaczyłeś mi języki, w których nikt nie mówił. Godzinami przed fałszywymi mapami opowiadałeś mi o miejscach, które istniały tylko w twojej głowie.

Widziałem, że miałeś w sobie twórczą iskrę. Ty dostrzegłeś we mnie, ledwie nieznajomym, ciekawość. Moja boskość i twoja kreatywność tchnęły oddech w ten kosmos zdarzeń i uczuć.

Z moją mocą stworzyłeś dla mnie świat, który mogę zwiedzić. Codziennie widzę twoje dzieło, wdycham woń kwiatów, które powstały dla mnie. Wiem, że jesteś wszędzie wokół. Czuję to.

Tęsknię jednak za tym, gdy byłeś tylko przy mnie – gdy mogłem złapać cię za rękę.

2 polubienia

Stłoczeni studenci będący u kresu swej drogi akademickiej z niecierpliwością czekali na rozpoczęcie ceremonii, stłoczeni w auli niewiele większej od przeciętnej sali lekcyjnej. Do samego początku uroczystości szeptali między sobą podnieceni. Ciekawe, który z profesorów wprowadzi ich w świat absolwentów?

Wszyscy wiedzieli, że rektor nie przepadał za przemawianiem publicznie. Był mężczyzną zapatrzonym w maszynerię i schematy. W MUK-u na ogół nikomu to nie przeszkadzało, dopóki potrafił wyściubić z nich nos na tyle długo, aby przekazać innym skrawek swojej bezgranicznej wiedzy o lokomotywach i taborach.

Pod koniec każdego trzyletniego cyklu nauki skromne grono wykładowców uczelni delikatnie zaczyna mu sugerować, że obowiązki reprezentacyjne może po prostu scedować na jednego z prorektorów. Przygotowujący się już mentalnie do zakończenia programu studenci zazwyczaj spodziewają się, że po ostatnich zajęciach nie zobaczą go już nigdy, a już zdecydowanie nie na mównicy.

Spekulacje co do prowadzącego trwały w najlepsze, dopóki nie przerwało ich chrząknięcie z głośników.

– Panie i panowie – Głos charczący z membran nie należał do nikogo innego niż Jego Magnificencji Dallego. – Proszę o spokój. – Rektor mruknął z aprobatą, gdy na auli zapadła cisza.

– Drodzy studenci, drogie studentki – Rozpoczął. – Po raz ostatni witam was na Międzynarodowej Uczelni Kolejowej im. Sorelego KanMachyna. Trzy lata temu każdy z was podjął niełatwą decyzję. Mieliście do wyboru szereg możliwości, począwszy od innych uczelni, górujących nad naszą jak parowiec nad naparstkiem jednej z jego pasażerek, po pracę, czy to w zawodzie laickim, czy magicznym. Z pewnością dziwi was, że przemawiam dziś właśnie ja, a nie inny członek grona wykładowczego. – Jego komentarze spotkały się z wtórem przytłumionych chichotów studentów i studentek.

– Sprawa jest prosta – kontynuował – Jestem z was szalenie dumny i chciałem wam to powiedzieć osobiście. Gdy trzy lata temu przybyliście na naszą uczelnie, trzymałem kciuki za każdego z was, niezależnie od tego skąd pochodzicie, z jakiej rodziny jesteście i z jaką wiedzą przyszliście. Przybyliście do nas z akademii, liceów, techników na całym kontynencie, zamykając wiele drzwi. Postawiliście na jedną opcję – przyłączenie się do służby obsługi Kolei Transkontynentalnej. Luki w wiedzy i umiejętnościach da się zawsze załatać, lecz właśnie zdecydowanie będzie wam w pracy nieraz potrzebne najbardziej. Poza tym – zmienił ton na lżejszy – mam nadzieję, że po czterech semestrach wbijania wam do głów, czym są piasecznice i wiązary, więcej wbijać nie muszę. – Widownia znów rozbrzmiała, już nie chichotem, a szczerym, lecz uprzejmym śmiechem.

– Dziesięć tysięcy czterysta trzydzieści jeden – mówił rektor – Tyle kilometrów liczy trasa, której poszczególne odcinki będziecie od dziś regularnie pokonywać. Wiedzieliście, że domem częściej będzie dla was wagon, a krewnymi współpracownicy. Wielu powiedziałoby, że jesteście szaleni, skoro się na to piszecie. Może i tak. Wiem jednak, że dzięki wam najdłuższa trasa kolejowa świata, biegnąca dzięki kooperacji wielu krajów i wielu pokoleń przez kraje od Nordrike po Marveg, dalej będzie niezmiennie łączyć rodziny i biznesy. Proszę was zatem o powstanie. Szanowna dziekana nauczyła was tekstu Roty Kolei Transkontynentalnej, prawda? Tak czy siak, proszę powtórzyć za mną pięknie.

Ślubuję uroczyście: jeździć za przykładem KanMachyna,

sumiennie spełniając obowiązki maszynisty,

nie tracąc uważności na torach,

Dbać, by kolej działała nieprzerwanie,

i o każdy wagon jak o własne domostwo,

o pasażerów jak o własne dzieci,

Bronić pociągu przed wszelkim, co mu zagraża,

a każdy dylemat rozwiązać najlepiej, jak tylko mogę.

– Bardzo ładnie, proszę państwa. Nadaję wam niniejszym tytuł Maszynistów Kolei Transkontynentalnej. Co prawda nie każdy z was będzie obsługiwał samą lokomotywę cały czas, ale każdy będzie miał takie uprawnienia. Teraz proszę iść cieszyć się majem w Barsovii, dziękuję.

Gdy radosny gwar absolwentów już ucichł, a na auli zostały już tylko krzesła, prorektor zaczepił profesora Dallego.

– Nie boisz się, że ktoś kiedyś zauważy, że co trzy lata powtarzasz to samo przemówienie? Wiem, że naprawdę jesteś z nich dumny, ale…

– Nonsens. Nie potrafią przez dwa lata zapamiętać, co to jest wiązar.