TLAYÆ ÞAÚLL ÍTLIÐ

Małe opowiadanko napisane kiedyś tam, mam nadzieję że uda mi się wrócić do Czwórkonu i napisać coś zgrabniejszego. Sto lat, Conciu!

Błysk rozświetlił mrok niemalże pustej ulicy, gdy kula ognia z trzaskiem uderzyła o winkiel, za którym ukrył się strażnik. Sytuacje takie jak ta, w której się znalazł, nie należały do takich, w których czuł się pewnie. Rzadko bowiem zdarzało się, by uliczną burdę wszczynał choćby i domorosły mag. Jeszcze rzadziej miało miejsce, by owym magiem był przybłędny szopołak. A już w ogóle niesłychane było, by ten szopołak był wściekły.

Gorące powietrze wraz z trzaskiem płomieni wypełniły zadowolone pomrukiwania magii. Strażnik złapał za swój przydziałowy miecz i, wyjmując go z pochwy, próbował przypomnieć sobie, co na temat magii mówiło szkolenie. “Myśl, Ælbert, myśl!”.

Informacje zaczęły napływać do jego głowy w zupełnym chaosie. Co wiedział na temat szopołaków i magii? W jego umyśle natychmiast pojawiło się zdanie: “Przede wszystkim, Szopy nie potrafią czarować”. Jednak języki ognia, którymi bestia próbowała przypiec mu skórzane odzienie jasno dały mu do zrozumienia, że coś mu umknęło. Usłyszawszy dobiegający zza rogu tupot łap goniącego go napastnika schował się za rozstawionym nieopodal ulicznym straganem, o tej późnej porze całkowicie pustym. Mógłby spróbować zaatakować czarodzieja dobytą właśnie bronią, jednak nie chciał sprawdzać, co zadałoby śmierć szybciej – jego żelazo, czy szopi ogień.

Gdy przycupnął za opustoszałym straganem, cała wiedza zaczęła powoli wpadać na swoje miejsca, niczym kawałki dziecięcej układanki. Ælbert odetchnął i spróbował sobie przypomnieć trzy podstawowe czynniki magii, o których słuchał na fakultecie, a które formuowały to, według jakich praw zwykły czarodziej mógł rzucać swoje zaklęcia.

Trzeci był czynnik Woli Magii. Do dziś najwięksi naukowcy z całego Cesarstwa dwoją się i troją, próbując dociec, czy magia jest świadomą istotą, czy jedynie jakąś siłą, działającą według nieznanych i niezrozumiałych ludziom zasad. Niektórzy wierzyli, że magia to tak naprawdę bóstwo pod postacią kota, żyjącego na innym planie egzystencji. W miejscu wykonanych prawidłowo zaklęć usłyszeć można było szmer niczym zadowolony pomruk głaskanego kocura, a gdy czar kończył się katastrofą – żałosne miauczenie lub wręcz rozdzierający jazgot. Najbardziej przekonujące było jednak to, że magia zdawała się pozwalać czarodziejom na czary zupełnie nie zważając na ich prośby czy uczucia, zupełnie jak przeciętny kociamber. Czasami magia nie czyniła czarownikom żadnych problemów, jednak czasami, jak gdyby chcąc zrobić im na złość, jak gdyby chciała zrzucić im szklankę z kontuaru, jak gdyby chcąc im naszczać na pościel, zamiast spodziewanego efektu napuszczała na nich magiczną Katastrofę. A taka potrafiła być o wiele gorsza od odrobiny tłuczonego szkła czy brudnej pościeli – najostrzejsze przypadki mówiły o amputacji pleców pechowego czarodzieja. Oczywiście nie czekały one na wszystkich w równym stopniu – magia zdawała się rozumieć, że niektóre czary, takie jak ten powodujący bezpośrednią śmierć celu (śmierć niebezpośrednia, na przykład poprzez nabicie na magiczny stalowy szpikulec, wciąż wchodziła w grę) oraz zamiana w rządzące światem bóstwo, zbyt drastycznie ingerowały w naturę. Z tego powodu wykonanie zaklęć, które brutalnie zaburzały istniejący porządek Wszechświata, było z góry skazane na porażkę i karane, a jakże, Katastrofą.

Katastrofy były głównym powodem, dla którego praktyka magii była w Cesarstwie surowo kontrolowana. Niejeden dom spłonął wraz ze śpiącymi w nim rodzinami i niejedna biblioteka zmieniła się w sterty papierowych strzępków, gdy jakiś czarodziej-amator nieuważnie wywołał Katastrofę. Dawniej nie brakowało takich, którzy starali się praktykować magię na własną rękę, mimo ciążącego na nich ryzyka. Pozwalająca poczuć niesamowitą potęgę siła magii uzależniała, pokonując nawet ostracyzm społeczny, porównywalny z tym wobec ćpunów czy pijaków. Dopiero formalizacja nauczania i surowe (i nieuniknione) kary, ze stryczkiem włącznie, skłoniły tych, którzy posiadali talent magiczny, do zaprzestania swoich działań. O wiele łatwiej było powstrzymać od magicznego zapalania świeczek czy czarodziejskiego wyciągania królików z kapelusza, gdy miało się pewność, że raz zauważony przez sąsiada czy sklepikarza czar skończy się wizytą smutnych panów w mundurach Gwardii i wyrwaniem języka.

“No dobra, ale to mi w żaden sposób nie pomoże, gościa zatrzymałbym w tym czy innym przypadku, co jeszcze tam było?”.

Drugi był czynnik Woli Czarodzieja. Pełniła ona dwojaką funkcję. Po pierwsze, dzięki niej te części zaklęcia, które pozostawały niedopowiedziane w treści zaklęcia, uzupełniane były obrazem malowanym w wyobraźni czarodzieja. Po stolicy krążyła miejska legenda, według której pewien mag zabijał złoczyńców, zaledwie zapisując ich imiona na kartce. By jednak nie pomylić dwóch osób o takich samych imionach, przywoływał w myślach obraz tego, którego chciał pozbawić życia. To oczywiście tylko miejska legenda, bez związku z rzeczywistością, ale z prawdziwymy czarami było tak samo – szczegóły dotyczące sposobu działania czaru, które w księdze zaklęć zwykle by się nie pojawiały, a które odróżniałyby jedną kulę ognia od drugiej.

Po drugie, dzięki czynnikowi Woli nie było możliwości przypadkowego przywołania zaklęcia przez kogoś zupełnie o nim nieświadomego. Zaklęcia składały się z głosek obecnych w najróżniejszych głoskach, jakie tylko mogły wymówić ludzie. Nic więc dziwnego, że to, co w niektórych językach oznaczało jabłko czy chleb, w treści zaklęć mogło przenosić się na rzucenie błyskawicy czy uzdrowienie z choroby. Wola Czarodzieja sprawiała, że wszystkie zaklęcia rzucane były świadomie. Nie znaczyło to, że zaklęcia nie można było rzucić przypadkiem – wystarczyło, że podczas recytacji zaklęcia nieopatrznie wyobraziło się jego efekt. Przypadkowe aktywacje zaklęć były najczęstszą przyczyną zwolnień dyscyplinarnych wykładowców Akademii Magicznej. Z tego też powodu praca nauczyciela akademickiego w dziedzinach magicznych była pracą wyjątkowo elitarną, nawet wśród użytkowników magii. Naturalnie, nieprawidłowości w zakresie czynnika Woli również mogły zakończyć się Katastrofą. Działy się one wtedy, gdy wyobrażony czar przeczył wypowiedzianej formule.

Przywoływane w myślach zasady magiczne nijak nie mogły pomóc strażnikowi. W ciągu tych kilku sekund, w trakcie których kulił się za stoiskiem, z wysiłkiem próbował wcisąć ostatni, najpotrzebniejszy mu kawałek wiedzy, na swoje miejsce. Nagle usłyszał za sobą wrzask.

– TLAYÆ ÞAÚLL ÍTLIÐ! – wykrzyknął szopołaczy czarownik.

“No tak!” – pomyślał Ælbert – “Czemu musiałem zapomnieć o PIERWSZYM?!”. Gdy tylko pomyślał te słowa, jego kryjówka została rozniesiona w drzazgi kolejnym rozbłyskiem ognia, pozostawiając mu zaledwie kilka szczap zbitych na krzyż, dających mu zaledwie zalążek okrycia. Magia zamruczała z zadowoleniem.

Pierwszym, być może najważniejszym czynnikiem, był czynnik Języka. Otóż widzicie, zaklęcia magiczne nie są przypadkowymi ciągami dźwięków, czy nawet konstrukcjami z magicznych klocków tworzących czarodziejskie działania. Były czymś o wiele ważniejszym. Każde zaklęcie jest bowiem zdaniem wypowiedzianym w Języku Magicznym, nazywanym też Boską Mową. Powszechnie uważa się, że to w tym języku porozumiewali się bogowie tworząc świat. Każda ich wypowiedź stawała się rozkazem, do którego rzeczywistość po prostu się dostosowywała. Mówi się, że zasady rządzące wszechświatem zostały wyszyte w tkaninie rzeczywistości właśnie w tym języku. Choć Ælbert nie mógł tego wiedzieć, zaklęcie jego przeciwnika tłumaczyło się na “Ogniu, wystrzel ku niemu!”.

I ten czynnik nie ustrzegał się od możliwości Katastrofy. Mimo, że każdy posługujący się Językiem był w stanie używać magii, nie było to wcale proste. Język składa się bowiem z 44 spółgłosek, 44 samogłosek, dziesiątków przypadków, a także niezliczonych zasad dotyczących fleksji, aglutynacji, koniugacji czy deklinacji, a nawet najmniejszy błąd mógł skończyć się tragedią. Studenci Akademii latami uczyli się zasad gramatycznych, zanim dawano im prawo do wypowiedzenia swojego pierwszego zaklęcia.

Z tego powodu nie widywano czarodziejów wśród sepleniących, a także szopołaków. Kiedy bóg Protz stworzył tę rasę, jakieś 200 lat temu, jego na wpół ludzkie, na wpół zwierzęce dzieci zwróciły się do niego z wyrzutem. Gdy tylko zauważyły, że ich szczęka nie pozwala im na mówienie tak, jak innym rasom, błagały swojego stwórcę o naprawienie błędu. Nie mogły przecież jak równy z równym wymieniać się w magicznych bitwach, kiedy w tylu zaklęciach tkwiły niemożliwe do ominięcia dźwięki wymagające użycia warg, pozostające poza ich zasięgiem niezależnie od starań. Zrozpaczony bóg nie chciał patrzeć na cierpienie swoich dzieci, dlatego obdarzył je błogosławieństem; Szopy wciąż nie mogły czarować, jednak tak samo nie mogły stać się celem czarów ich przeciwników. Nadal mogły zostać trafione rzuconymi za pomocą magii kamieniami czy ognistymi pociskami (magiczny ogień zachowywał się identycznie, co ten naturalny), ale nie imały się ich magiczne strzały, telekineza czy kontrola umysłów. Nie wszystkim szopołakom podobała się ta zmiana, gdyż wolały używać magii w takim stopniu, w jakim pozwalały im na to narządy mowy. Szczególnie upodobały sobie czary koncentrujące się wokół ognia, gdyż do ich rzucenia wymagane było wymówienie dźwięku “tl”, który większości ludzi sprawiał niemałą trudność. Protz dał im więc możliwość odrzucenia swojego daru; jeśli w trakcie swojego życia Szop wykona jakiekolwiek zaklęcie, jego odporność na magię natychmiastowo znika, a zmiany tej nie można już cofnąć.

Naturnalnie mało który decydował się na taki układ, dlatego osobniki takie jak ten starający się usmażyć Ælberta były wyjątkową rzadkością. Jednak rozważania na temat natury magii przyniosły mu pewien pomysł. “Jeśli wymowa jest konieczna dla prawidłowego czarowania, wystarczy, że wrzucę mu coś do paszczy! Będę miał kilka sekund na wbicie mu klingi między żebra!” Spojrzał na manierkę z wodą uczepioną przy pasie. “Tyle wody na pewno nie ugasi płomieni, ale być może się nią zachłyśnie!”. Zadowolony strażnik wziął w jedną rękę manierkę odkorkowując ją ruchem kciuka, w drugiej zaś trzymał miecz…

To wtedy właśnie wyrzucił go w powietrze czar, którego nie usłyszał. Mężczyzna przekoziołkował w powietrzu kilka sążni, upadając na plecach. Poczuł zadrapania na twarzy, a także zapach palonej skóry. W boku tępo zaczął pulsować ból. Wtem ujrzał świdrujący wzrok szopołaka, powoli zbliżającego się prosto ku niemu. Z jego dotkniętego wścieklizną pyska zamiast piany toczyły się języki ognia, a w ślepiach miast tęczówek osadzone było szaleństwo. Ælbert chwycił ku mieczowi, jednak ku swojemu przerażeniu uświadomił sobie, że jego oręż odleciał w zupełnie inną stronę po uderzeniu. W drugiej ręce nie trzymał już manierki – odleciała w przeciwnym kierunku od miecza, a jej rozlewająca się zawartość powoli wyparowywała pod wpływem magicznych płomieni. Bestia wciąż nie skoczyła ku niemu, co prawdopodobnie oznaczało, że nie chce próbować przegryźć mu karku. “O nie, ten stwór nie chciał gonienia za swoimi ofiarami i wiercenia się między zębami.” – pomyślał. “Ogień mu zasmakował”. Jego ciało znieruchomiało, naraz ściskane przerażeniem i pulsującym bólem. Stojący przed nim szopołak podniósł ku niemu łapę i zakrzyknął:

– ÞAUG GTLǼÐ!

Nie wiadomo, co poszło nie tak. Być może otumaniony chorobą umysł, dotarłszy na skraj obłędu, nie był w stanie zwizualizować efektu zaklęcia. A może to wylegujący się w zaświatach Kot postanowił zrzucić kolejną szklankę. Pewne jednak jest to, że zamiast omieść Ælberta bezlistosnymi płomieniami, ogień wybuchnął w piersi Szopa, w mgnieniu oka spowijając całe jego ciało. Ściany okolicznych budynków zostały rozświetlone światłem żywej pochodni, a głuchą noc przeszyła mieszanina zwierzęcego wrzasku i kociego syku. Nim Szop upadł na bruk, ogień zdążył strawić jego organy niczym piekielny ogar. Ælbert zdążył zapamiętać jeszcze tylko swąd spalenizny.

Rodzina odebrała ciało zmarłego następnego dnia. Ælbert spojrzał w notatki służbowe: zaginięcie zmarłego, Klatla Ansteeda, zostało zgłoszone poprzedniego dnia, odwiedzał rodzinę mieszkającą w slumsach (szopołaki stanowiły istotny odsetek osób zajmujących biedniejsze dzielnice stolicy, często zbierając jedzenie wyrzucone przez innych). Nie wiadomo, kiedy zdążył zarazić się wścieklizną. Rodzinie nakazano tymczasową kwarantannę.

“Jeśli parał się czarami, to zapewne wiodło mu się lepiej niż reszcie rodziny.” – myślał – “Teraz cała będzie musiała radzić sobie sama”. Przed zachorowaniem zapewne był poważaną personą, o wiele bardziej inteligentną i umiejętną niż on sam. Być może, gdyby nie wypadek, chciałby go spotkać kiedyś w jakichś milszych okolicznościach. Nie uważał się za winnego jego śmierci. Bo i dlaczego miałby, przecież nawet nie zrobił nic w tym kierunku, chciał się jedynie bronić przed jego atakiem, a i nawet ten plan nie wypalił. Nie on też był odpowiedzialny za zachorowanie Ansteeda na wściekliznę, stało się to na długo zanim natknął się na niego podczas patrolu, gdy z obłędem w oczach napadał na przechodniów.

A jednak czuł, że gdzieś w tym wszystkim, choć nie do końca potrafił wskazać gdzie, tliła się jakaś głęboka niesprawiedliwość.

2 polubienia