Tomasz Napierała - Czwórkon - Runda I

Pozwólcie, że opiszę wam moje wczorajsze wyjście na piwo.

Ubiegłego wieczoru do tawerny “Pod Złotym Dzbanem” zawitał bard – Gadh z Sabaktaru. Ciemnozielonoskóry jaszczurołak był gościem niezwykłym ze względu na nietypowe miejsce pochodzenia. Sabaktar był bowiem nie tylko stolicą Pustynnej Marchii, położonej na najbardziej wysuniętym na północ skraju Cesarstwa, ale również jedynym znaczącym ośrodkiem miejskim w całym jej obrębie. Co jednak najbardziej znaczące dla tej historii, Sabaktar został zrównany z ziemią 160 lat temu.

I to zrównany doszczętnie. Na zwykłej pustyni znajdziecie mchy, porosty, chrustaki czy piaskożuki. Po mieście pozostało nic – tylko warstwa gruzu pokryta fioletowymi językami niegasnącego ognia. Kroniki sprzed wieku mówią, że pewnego dnia nastąpił wybuch magicznej energii, który zniszczył wszystko poza ratuszem znajdującym się w jego epicentrum. To jedyne co było wiadome o tamtej tragedii, ze wszystkich mieszkańców nie przeżył żaden, który mógłby opowiedzieć, co zaszło.

Aż do teraz.

Zeszłej wiosny bard napisał pieśń opisującą sekrety magicznego wybuchu. Podobno cały wiek zajęło mu przepracowanie traumy po tamtym zdarzeniu, jego utwór miał stanowić dla niego jakąś formę uporania się z przeszłością. Magom ze stolicy udało się nawet potwierdzić, że nie był szarlatanem – skłonili go do Kontraktu: podali mu rękę i za pomocą magicznej formuły sprawili, że jeśli skłamie na temat katastrofy sprzed lat, to pęknie mu serce. Mięsień jaszczura trzymał się bezproblemowo, toteż ocaleniec z certyfikatem autentyczności podróżował po księstwach Cesarstwa korzystając z nowo nabytej sławy do prowadzenia tournée.

Wpadłem więc wczoraj do tawerny narzuciwszy na wierzch skórę kameleona (jak zawsze,

gdy nawiedzam takie przybytki), i usiadłem naprzeciwko jakiegoś szopołaka. Nie zamawiałem jeszcze piwa – wiedziałem, że samo przyjdzie później. Gdy wszyscy ucichli, jaszczur opowiedział zebranym swoją historię.

W ranek katastrofy margrabia miał zawrzeć pokój z grupą Markatanów zamieszkującą przygraniczne tereny. Miała to być symboliczna ceremonia, zapewnienie, że bandy pomarańczowych nomadów nie będą niepokoić przejeżdżających handlarzy czy okolicznych wiosek. Było jedzenie, muzykanci (w tym Gadh) i piękne panie. Kiedy na zakończenie dowódca Markatanów podał margrabiemu rękę, zaczął szeptać słowa w nieznanym języku. Zanim margrabia się zorientował, było już za późno. Dzikus podstępem wszedł z nim w Kontrakt – wytłumaczył, że albo zostanie mu przekazana władza nad całym Sabaktarem, albo mimowolnie rozpęta się wielka magicza burza, która zniszczy wszystko dookoła. Gdy król zaprotestował, szantażysta nie miał już wyboru – musiał stworzyć wielką, chaotyczną szarugę, która zniszczyła wszystko dookoła. Został zabity każdy mieszkaniec Sabaktaru, z margrabią i szantażystą włącznie. Całe miasto do dziś, nawet kilkanaście dekad później, pozostaje mieszaniną gruzu i ognia.

Po występie siedzący po drugiej stronie stołu szopołak zawołał do jaszczura:

– Hej, Mistrzu! Usiądź i opowiedz nam coś więcej!

– Tylko, jeśli postawisz mi piwo! – odkrzyknął bard i zasiadł obok. Piwo podała elfia barmanka o potężnych ramionach przystosowanych do noszenia ciężkich kufli.

– Jak to się stało, że czar nie zabił również ciebie? – spytał szop.

– Magia na mnie nie działa. Widzisz, kiedy nasz bóg, Gros, chwała mu po wsze czasy, stworzył jaszczurołaki, zauważył że nasze szczęki nie pozwalają na wymówienie niektórych dźwięków.

Rzeczywiście, bard wymawiał G i K zamiast B i P. Przytaczam tu jego słowa w prawidłowej wymowie dla waszej łatwości czytania. Gadh kontynuował:

– Dlatego też obdarzył nas odpornością na wszelkie stworzone z magii pociski i ciosy, choć, jak możesz poznać po moich nogach, wciąż nie chroni nas to przed oginiem powstałym w wyniku tej magii. Najwyraźniej magiczny ogień nie różni się w niczym od tego magicznego.

Na to odezwał się szop:

– Przepraszam, panie, ale odrobinkę się pomyliłeś. Twórca zwierzoludzi nie nazywał się Gros, lecz Protz. Obdarzył nas taką mocą, abyśmy mogli uchronić się przed niebezpieczeństwami świata – rzekł uśmiechając się niezręcznie.

Pysk jaszczuroludzia spochmurniał.

– Chyba wiem o czym mówię, jeśli już, to ty się tu mylisz! Chronić się? Gros, bóg wszystkich JASZCZURÓW – podkreślił to słowo – obdarzył nas tą siłą, byśmy mogli walczyć i polować! Tylko ktoś taki jak ty żyjący z jedzenia cudzych śmieci mógł wpaść na tak skrzywiony obraz boga. Pierwszy raz spotykam szopołaka, ale widzę, że pogłoski o waszej inteligencji nie były przesadzone!

– Łakiem to jesteś kurwa ty, przez te swoje zjebane rymy!

To powiedziawszy rzucił się do ataku, rozpoczynając najpospolitszą karczemną bójkę, pełną krzyków, przekleństw i wyzwisk. Skorzystałem z okazji i zacząłem łapczywie chłeptać pozostawione przez dwójkę piwo. Jeśli więc zapytacie: “Co sprawia, że wasi zwierzoludzie nie mogą się dogadać?”, odpowiem wam. To przez psotnych bogów, którzy kilkaset lat wcześniej stworzyli kilka raz różnych łaków i kilka mitów stworzenia tylko po to, by potem móc oglądać doprawdy najśmieszniejszą rozrywkę – nienawiść na tle gatunkowym.

Tak, to ja, Phroth, bóg-opiekun zwierzoludzi, kamuflażu i śmieszków pierdolonych.

2 polubienia