W gaju Komborre
Paervidion, już kiedy składał przysięgę arcydriadzie Komborre, zdawał sobie sprawę, że nie był szczególnie zdolnym magiem światła ani wybrańcem idealnie dostosowanym do jej osobowości. Komborre, zakochana w ludzkiej błyskotliwości, fantazji i ciekawości, również to wiedziała. A jednak z całkiem dobrymi przeczuciami udzieliła mu swego błogosławieństwa. Doceniła jego inicjatywę i ten przebłysk zaangażowania z jego strony. Sama była dość słaba jak na boginkę, dysponując mocą niewiele przekraczającą próg wywyższenia spośród rusałek. Nie w jej stylu było wybrzydzać, nawet jeśliby mogła.
Tak oto założono nowy krąg druidzki. Nadzieje Komborre szybko się spełniły, bo Paervidionowi udało się zaskakująco łatwo przyciągnąć kolejnych kandydatów do paktu. Patronce daleko było do (poniekąd całkiem zasadnego) stereotypu o starożytnych bóstwach dziczy, nienawidzących ludzkiej kultury i kryjących się przed nią czy otwarcie agresywnych. Wręcz przeciwnie, święty gaj zapraszał mieszkańców okolicy do odwiedzin. Druidzi i kandydaci, poza opiekowaniem się przyrodą i naturalną harmonią, oddawali się sztuce i nauce, włączając w to ich nowoczesne formy, ku uciesze driady. Wystawy i występy na pograniczu gaju były otwarte dla gości, by ocieplić wizerunek druidyzmu i zachęcać do naśladowania.
Wciąż jednak boginka miała ideały, w które wierzyła, i zasady, które narzucała w swojej domenie. Nie wszystkim to odpowiadało. Paervidion zwykł deklarować, że krąg Komborre jest otwarty dla wszystkich otwartych na nią. Dobrze znała wszystkie ciemne strony cywilizacji i nie zamierzała ich dopuszczać do gaju.
Przez lata krąg gościł sporo ludzi zarówno z pobliskich wsi jak z dalekich stron. Część postanawiała zostać na dłużej lub wracała później w odwiedziny co jakiś czas. Z drugiej strony nierzadko przybysze pojawiali się w gaju tylko po to, by obśmiewać druidów z ich wartościami i wkrótce pokazać plecy, zostawiając za sobą jedynie smród. Czasem trzeba było kogoś wyprosić, wygnać lub fizycznie wynieść.
Ale zdarzały się też regularnie osoby szczerze zainteresowane kręgiem, chętne podjąć nauki w białej magii i pielęgnacji przyrody. Oczywiście spora część z nich rezygnowała i postanawiała szukać swego miejsca gdzie indziej, nawet po wielu miesiącach, mając już sympatię patronki i stojąc u progu paktu. Niemniej, co jakiś czas ktoś z kandydatów składał przysięgi, by dostąpić błogosławieństw. Druidzi, akolici i przyjaciele kręgu nierzadko budowali w nim głębokie więzi. Kilkoro założyło rodziny, a później stworzyło im domy wokół gaju. Dla niektórych domena Komborre była upragnionym rajem.
A czasem zdarzała się sytuacja zbyt ciekawa, by ująć ją w jednym zdaniu.
Wirkenia była już kojarzona ze swoich okazjonalnych odwiedzin na przestrzeni lat. Którejś wiosny zdecydowała się na dłuższy pobyt i bardzo szybko zaskarbiła sobie zainteresowanie druidów jako potencjalna akolitka. Była już biegła w magii światła i podstawach jej druidycznego wykorzystania. Ponadto odpowiadała sympatiom Komborre jako doświadczona rzeźbiarka i badaczka, choć nie była skłonna ujawniać wiele ze swoich prac.
Mimo braku formalnych umów, naturalnie dołączyła do życia kręgu. Z gorliwością praktykowała rytuały, dbale zajmowała się okoliczną florą, żywo rozmawiała o doktrynach. Wszędzie było jej pełno i bez oporów uzewnętrzniała swoją intensywną osobowość. Co prawda wolała teoretyzować i mówić o swojej działalności niż pokazywać efekty prac lub użyczyć uwagi cudzym dokonaniom, ale była to cecha często spotykana w społeczności. Ożywiała gaj w bardzo pozytywny sposób, nikt nie miał z nią problemów. Do czasu.
Pewnego spokojnego poranka Paervidion natknął się na Wirkenię podczas spaceru po lesie. Siedziała nad stworkiem o budowie długouchej małpki, purpurowym futrze i kolczastym grzbiecie. Była w połowie zakładania mu bransolet.
– Miło cię widzieć, Wirkenio – pierwszy druid przywitał się grzecznie. Liczył na pokojowe rozwiązanie. – Ale musisz wiedzieć, że Komborre zakazuje pętania chochlików. Proszę przestań.
Chochliki były specyficznym zbiorem na pograniczu fae i najmniejszych demonów. Niedoszłymi bądź zdegradowanymi istotami z jednej bądź drugiej grupy. Spaczonymi, często podłymi w porównaniu do sylfów, ale bez piekielnej krwiożerczości i niszczycielskiej mocy. Zachowywały się bardziej jak dziwaczne, nieprzewidywalne zwierzęta niż jak astralne byty. Jeśli reprezentowały jakąś koncepcję, był nią chaos i kaprys.
– Dlaczego? – zdziwiła się Wirkenia. Wyeksponowała elektro-runiczną bransoletę, którą trzymała w dłoni. Egzemplarz popularnego magicznego wynalazku sprzed paru lat. – Chciałam, żeby mi pomógł trochę z pracą. Co w tym złego? Przecież w tej metodzie nie używa się esencji cienia.
– Używa się, tylko pozornie bez brudzenia sobie nią rąk – sprostował stanowczo Paervidion. – Te elektroniczne runy emulują taką samą więź, jaką niewoli się dusze ofiar i tworzy ożywieńce. Wykazano w badaniach, że w chochlikach narasta przez to zestrojenie z mrocznymi siłami. Nie wiadomo, jakie konsekwencje na dłuższą metę ma korzystanie z tego gadżetu.
– A ja korzystam od dawna i żadnych problemów nigdy z tego nie było. Przecież od zawsze druidzi podporządkowywali sobie chochliki. Niektórzy wprost goecją.
– I ile z takich kręgów z czasem przeradzało się w goetyczne sekty oddane demonom zamiast harmonii z naturą? Znam zbyt wiele takich historii. Nasz krąg ma swoje zasady, których przestrzeganie przysięgamy Komborre. Wypaczone mrokiem istoty egzorcyzmujemy, a nie eksploatujemy. Druid, który nie umie okiełznać chochlika bez czarnomagicznego zniewolenia, to żaden druid.
– Mam swoje metody i priorytety. Moglibyście to uszanować.
– Nie, nie moglibyśmy i nie możemy. Dopóki jesteś w naszej gościnie, nie będziesz używać tej spaczonej magii.
Wirkenia fuknęła pod nosem i niechętnie zaczęła zdejmować bransolety z otępiałej istoty. Spakowała je z powrotem do plecaka. Paervidion nie stawiał dalszych żądań i żywił nadzieję na opamiętanie. Fioletowy, kolczasty stworek syknął na kobietę i szybko pobiegł w dzicz.
Na pozór niewiele się zmieniło od tego punktu. Wirkenia wciąż pomagała w obrzędach i codziennych pracach, doskonaliła rzeźby, a we wzniosłych debatach uczestniczyła z jeszcze większym zapałem. Jednak Paervidion czuł wątły strumyczek jadu, jaki się z niej sączył. Zaczął na nią uważać i wyczulił się na oznaki wrogości.
Część zachowań kobiety można było uzasadnić szlachetnym skądinąd sceptycyzmem wobec autorytetów. Tylko że co rusz w wymianach zdań stawiała samą siebie na piedestale jako taki właśnie autorytet w kwestii druidyzmu i porządku przyrody. Gdzie coś jej nie obchodziło czy nie pasowało, nie marnowała okazji, by oznajmić, jak bardzo jest ponad tym. Między wierszami wyrażała, że bardzo wysoko ocenia głębię własnego zrozumienia fae, duchowości, sztuki i wielu innych dziedzin. Ale mimo tej rzekomej subtelnej więzi nie wchodziła w interakcje z Komborre. Jak gdyby w jej nadziejach arcydriada miała ustąpić i dostrzec słuszność poglądów nieformalnej akolitki, którą gościła w gaju.
Paervidion, siłą rzeczy, jako osoba angażująca się w intelektualne życie kręgu, często wymieniał z nią zdania. W połowie przypadków kończyło się to dla niego słuchaniem jej wyniosłych kazań. Później i one zdegenerowały się do zwykłych złośliwości wobec niego, już nie jako zwierzchnika zbiorowości, a bardziej jako przypadkowego głupca. Jej częstym kpinom zawsze towarzyszyły salwy śmiechu – jej własnego.
Wobec reszty druidów też trzymała pewien dystans, zwłaszcza w sprawach sztuki. Rzadko kiedy angażowała się w poznawanie cudzych dokonań, zwykle recenzje zostawiała dla siebie. Jej rady i opinie były szeroko cenione, zdradzały bowiem intelekt, oczytanie, doświadczenie. Garstka odbiorców jednak dostrzegała w nich też pewien brak wrażliwości lub pokory. Sama Wirkenia nie zamierzała wystawiać swoich plastycznych dzieł na krytykę prostaków. Któregoś wieczora chętnie pochwaliła się, że jej nowa, odważna rzeźba zdobyła niebiańskie błogosławieństwo w wyrazie aprobaty serafów lokalnego seminarium. Ale samej statuy nikt z kręgu nie miał zaszczytu ujrzeć.
Raz jeszcze głośno narzekała na zakaz pętania chochlików. Twierdziła, że większość akolitów tylko udaje obrzydzenie procederem, a w rzeczywistości korzysta z wyklętej metody. Paervidion zabawił ją jedynie krótkim komentarzem, już nie angażując się w bezsensowną kłótnię. Wirkenia jednak oburzyła się, że zdrowa debata o kodeksie wydaje się zabroniona. Zaproponowano jej, żeby taką debatą zorganizowała. Nie zrobiła tego.
Tak sobie dalej żyła w gaju Komborre, sumiennie uczestnicząc w jego działalności, jednocześnie jakoby nie chcąc mieć z tym wszystkim nic wspólnego. Czekała aż świat okręci się dookoła niej.
Mellon był jednym z najbardziej sympatycznych i życzliwych druidów przysięgłych Komborre. Cieszył się dużą sympatią otoczenia. Toteż, kiedy zaczął swój z lekka ekscentryczny projekt hodowli alkerionów, starszyzna jedynie poprosiła go o ostrożność.
Alkeriony to nadzwyczajna kategoria rzadko spotykanych zwierząt. Każdy gatunek cechuje się silną więzią z określoną barwą podstawową esencji duchowych. O ile pewne formy bioalchemii wykształciły się ewolucyjnie, o tyle alkeriony są absolutnie szczególne przez swoje głęboko taumaturgiczne funkcjonowanie.
Wkrótce w gaju łatwo było spotkać młode salamandry ogniste, mglisy, żmije szmaragdowe, a nawet pisklę ptaka gromu. Nasycone żywiołami zwierzęta biegały, pełzły lub fruwały wśród drzew i domostw. Magia Komborre zapewniała bezpieczeństwo bez konieczności ograniczania swobody.
Nie wszystkim to odpowiadało.
– Byłam święcie przekonana, że kręgi druidzkie pielęgnują naturalny stan rzeczy – komentowała głośno Wirkenia – a nie ingerują w niego hodowlą alchemicznych dziwadeł. Przecież one zrujnują ekosystem.
– Komborre się zgodziła, pobłogosławiła i w ogóle – tłumaczył spokojnie Mellon. – Alkeriony nie są inwazyjne. Żywią się samą energią alchemiczną z otoczenia, więc nie konkurują o żywność, nie polują na inne zwierzęta, nie zajmują żadnej niszy. I za rzadko się rodzą.
– Czyżby? Widzę co innego, kiedy co chwilę na nie wpadam.
– Jeśli ci przeszkadzają, przecież wiesz, jak je poprosić o oddalenie się. W gaju są zupełnie nieszkodliwe i wzbogacają przyrodę, a to jest zgodne z ideą naszej pani driady. Większości ludzi się podoba. Nie możesz ich po prostu, no wiesz, olać…?
– Pewnie, mogę olać. Cały ten krąg mogę olać. Jeśli znowu wpadnę na jakiegoś alkeriona, to nawet mogę dać sobie od was spokój i znaleźć sobie lepsze miejsce. Bez wszystkich waszych bzdur.
Paervidion słyszał wszystko z boku.
Po tygodniu urządzono w gaju małe święto celebrujące piękno alkerionów. Zaproszono publiczność z zewnątrz, rozwieszono plakaty i galerie poświęcone barwnym zwierzętom, zorganizowano wykłady i zabawy. Mellon, dzięki pomocy pierwszego druida, miał teraz w kolekcji kilka kolejnych rzadkich gatunków. Hodowlane alchemiczne dziwadła prezentowały się zachwycająco. Krąg nawet zarobił na maskotkach i figurkach. Druidom całkiem dobrze zrobiła ta chwilowa odskocznia od rutyny.
Wirkenia sobie nie darowała. Przecież ceniła członków i akolitów kręgu jako swoich wiernych słuchaczy i fanów. Sam dzień alkeriona spędziła z dala od gaju, ale następnego ranka wróciła do normalności, jak gdyby nigdy nic. Tylko widać było, że więcej czasu spędza w prywatnej pracowni. Kolejny tydzień minął. Wreszcie ogłosiła publicznie, że chciałaby wystawić swoją najnowszą statuę.
Publika zebrała się przed południem w galerii. Dzieło było ukryte w wysokiej chmurze gęstej, magicznej mgły. Wirkenia poczekała do okrągłej godziny i zaczęła premierę.
– Paervidionie! – zawołała. – Proszę, wyjdź naprzód. Uważam, że pierwszy powinieneś zobaczyć statuę z bliska.
Pierwszy druid z bardzo złymi przeczuciami wystąpił przed szereg. Autorka kilkoma gestami rozproszyła obłok pary.
Przed Paervidionem i jego przyjaciółmi stał gipsowy pomnik mężczyzny o karykaturalnych proporcjach. Na głowie nosił prostą, przerośniętą koronę, a w dłoniach dzierżył berło i jabłko. Jego nogi były niemal po kolana wtopione w nieforemną bryłę. Kamienny władca zamiast ludzkiej twarzy miał maskę z wyrytym prosto szyderczym uśmiechem.
Tak przynajmniej rysowało się pierwsze wrażenie. Dopiero ten drugi rzut oka zdradzał błyskotliwą i subtelną kpinę Wirkenii. Najpierw druid zwrócił uwagę na rzekome jabłko królewskie, które przyjęło postać spiralnie skręconego walca, wspinającego się w kształt spłaszczonego stożka z licznymi nieregularnościami. Gipsowe berło dało się interpretować jako sporą kiełbasę, gdyby nie wyraźnie celowo umieszczone na jego powierzchni grudy i wgłębienia. Na pochłaniającej stopy i nogi monarchy skale można było dostrzec sugestie jej płynności, a do tego skrzętnie naniesione zarysy much i żuków.
– Czy… Uh, czy te bryły to jest…? – Paervidion próbował zadać trudne pytanie, ale nie potrafił się zdecydować między grzeczną opcją “kupa” a bardziej naturalną “gówno”.
– Tak! Są to bryły ekskrementów! – odparła z zadowoleniem Wirkenia. Cóż, tak też można to ująć. – Spędziłam wiele czasu nad materiałami referencyjnymi, żeby naturalistycznie odwzorować fekalia.
“Co kto lubi, no nie?” – Paervidion tę uwagę zostawił dla siebie. – “Dlaczego nie od razu cała rzeźba z gnoju?”
Po publiczności rozszedł się szmer. Część osób była świadoma konfliktu między rzeźbiarką a pierwszym druidem.
– Dziękuję ci, Paervidionie! – Wirkenia znów zabrała głos – bowiem to ty zainspirowałeś to skromne dzieło. Tobie też je dedykuję!
“Tego nie trzeba było głośno potwierdzać. Niektóre oczywistości lepiej przemilczeć.” – Paervidion z trudem powstrzymywał się od niepotrzebnych uwag. Ale wszyscy czekali na jego odpowiedź. Po chwili sformułował wreszcie chłodny komentarz:
– Jestem rozczarowany. – To była prawda. Sam sobie się dziwił, że jego oczekiwania wobec rzeźbiarki okazały się wciąż dość wysokie, by dało się je zawieść. Jednak chodziło mu głównie o rozczarowanie nieco innym faktem.
– Oh nie, tak mi przykro… – Wirkenia odparła teatralnym tonem, któremu towarzyszył gest udawanego wstydu. – Czy wolałbyś coś bardziej infantylnego, pstrokatego i bezsensownego, by było w twoim guście?
– Absolutnie nie o to mi chodzi. Po prostu… Cóż. Nie to nam oferowałaś.
– Oferowałam? – powtórzyła. Teraz jej głos był chłodny i twardy jakby sama była z gipsu. – Nie przypominam sobie, żebym wchodziła z twoim towarzystwem w układy, gdzie byłabym coś wam winna.
– Jestem rozczarowany, bo oferowałaś, że pójdziesz sobie w chuj.
Po tych słowach Paervidion obrócił się i poszedł zająć się swoimi sprawami.
Wieczorem odwiedził sanktuarium Komborre. Dookoła fruwały błędne ogniki, a na gęstej trawie drzemały skrzydlate wilki, strażnicze anioły dziczy. Smukła, jadeitowa sylwetka arcydriady wrastała w pień wielkiego dębu, dłonie ślizgały się po lśniącej korze za jej plecami. Bursztynowe oczy błyszczały spod białych włosów i wygiętych rogów. Z łagodnością patrzyła na pierwszego druida. Nie potrzebowała wprowadzenia. Jej świadomość dotykała całego gaju.
– Rozumiem twoją gorycz – powiedziała czule. – Przykro mi, że na ciebie spadła ta marna obelga. Że tak ci doskwiera ten trywialny konflikt. Jak mogę cię wesprzeć?
– Każdego dnia mnie wspierasz – odparł Paervidion. To wystarczy. Przyszedłem do ciebie jako do przyjaciółki, nie potęgi.
– Więc nie będziesz dążyć do jej wygnania?
– Nie. To nie jest dobre rozwiązanie. Przyniosłoby więcej szkody niż pożytku. Wykorzystywanie władzy w osobistych niesnaskach jest poniżej nas. Nawet poniżej mnie samego.
– Wiesz już, jak to działa. To nie pierwszy raz. Konflikt jest niestety naturalną częścią kręgu życia. Ale go rozwiążesz. Nie ugniesz się, a jeśli będzie trzeba wyłonić zwycięską stronę, wygrasz w uczciwej walce.
– Więc… Nie chcesz, żebym się zwyczajnie wycofał? Wirkenia daje wiele pozytywnego wkładu w życie gaju, co by nie było. Bałem się, że dla dobra kręgu będę musiał dać za wygraną.
– Owszem, doceniam ją. – Arcydriada westchnęła. – Nawet jeśli ona nie docenia mnie. Jednak nie mniej przecież cenię ciebie. Nie umiałabym nie odwzajemnić ci dziś twojej wierności i ufności wobec mnie. Masz prawo dbać o własną godność.
– Mówisz mi, że chcesz, bym się złośliwie mścił?
– Mówię, że nie chcę, byś źle się czuł w naszym gaju. Mówię, że znam naturę, ludzkość i ciebie. Mówię, że pewne ludzkie przywary powinny być wyśmiewane dla nauczki. Może przede wszystkim mówię, że jesteś twórczą duszą i też masz potrzebę wyrażania swoich uczuć przez sztukę, choćby i prostą, przyziemną. Więc twórz ją.
Paervidion uśmiechnął się delikatnie. Rozmawiał z patronką jeszcze jakiś czas, ale już na inne tematy. Później w swoim pokoju usiadł do pianina i zaczął nad nową balladą. Naturalny cykl trwał w najlepsze.
